Agnieszka Olejkowska: Zastanawiałam się, czy to gra warta świeczki.

 

– Z punktu widzenia dziennikarzy już od początku byłam na straconej pozycji. Przyszła jakaś młoda dziewczyna, bez doświadczenia, nic nie wie, a do tego jest… dziewczyną – mówi była rzeczniczka prasowa PZPN, Agnieszka Roszkiewicz (Olejkowska).

Agnieszka_Olejkowska_twitter

Agnieszka Roszkiewicz (Olejkowska)

Femme fatale PZPN. Zgadzasz się z takim określeniem?
(śmiech) Pierwszy raz je słyszę. Hmm… W każdym środowisku, nie tylko w PZPN-ie, ale w takich, gdzie widok kobiety jest raczej sporadyczny, przypisuje się takie, czy inne określenia. Gdybym miała słuchać wszystkiego i czytać to wszystko, co pisano na mój temat, musiałabym siedzieć w domu i z niego nie wychodzić. Przecież nikt z tych osób nie wiedział, jak to wszystko wyglądało od środka. A ja musiałam sobie z tym jakoś radzić, bez względu na wszystko.

Kiedy uświadomiłaś sobie, że nie będzie to łatwy kawałek chleba?
W zasadzie od początku. Myślałam, że będzie to wyglądało inaczej. Stanowisko rzecznika prasowego PZPN-u, to taka rola, że dopóki się jej nie wykonuje, to ciężko sobie wyobrazić, jak będzie ona wyglądała. Było wiele rzeczy, które zaskoczyło mnie na plus, ale było równie wiele rzeczy, które zaskoczyło mnie na minus. Zdecydowanie jednak moje oczekiwania w stosunku do bycia rzecznikiem prasowym PZPN-u były inne, niż pokazała to rzeczywistość.

Jakiś przykład?
Nie do końca chcę się zagłębiać w tej chwili w jakieś personalne ucieczki. Może kiedyś o tym powiem, a może nie? W tej chwili nie jest to konieczne i na pewno by mi to nie służyło. Ale takich rzeczy była cała masa! Gdybym była wcześniej bogatsza o to doświadczenie, które mam dziś, to może wtedy nie popełniłabym niektórych błędów? Być może nie wszystko brałabym na siebie? Ale tego, że pełniłam to stanowisko, na pewno nie żałuję. To była niesamowita szkoła, nie tyle warsztatu, co szkoła życia. Miałam okazję współpracować z niesamowitymi ludźmi, w ciekawym okresie, jakim bez wątpienia było Euro 2012. Na pewno tego nie żałuję.

Skąd wziął się w ogóle pomysł na Agnieszkę Olejkowską w PZPN-ie?
Już na studiach rozpoczęłam współpracę z PZPN-em. Skończyłam dziennikarstwo, a dokładnie specjalizację: Marketing Medialny i PR. Pełniłam różne funkcje w PZPN, ale zawsze blisko współpracowałam z biurem prasowym. Jako pierwszy propozycję złożył mi śp. Janusz Atlas, który nie radził sobie z tą funkcją do końca, a przynajmniej ja odnosiłam takie wrażenie. Pewnego dnia przyszedł do mnie i powiedział, że chciałby abym została rzecznikiem prasowym. Początkowo myślałam, że chce się mnie pozbyć, bo nie do końca pałaliśmy do siebie wielką miłością. Nigdy nie powiedziałam „tak”, ani „nie”. Zanim podjęłam decyzję, prezes Grzegorz Lato, przed prezentacją Franciszka Smudy, jako selekcjonera ogłosił, że jestem rzecznikiem. I tak zostało…

Mogłaś liczyć na pomoc Grzegorza Laty? Przekazał ci konkretne instrukcje, jak to wszystko ma wyglądać?
(śmiech) O jakichkolwiek instrukcjach nie było mowy. Wiele rzeczy było postawionych na głowie. Wiele razy musiałam liczyć tylko i wyłącznie na siebie i realizować swoją rolę na tyle, na ile mogłam, bo niektórych rzeczy nie dało się przeskoczyć, czy zorganizować. Winna temu była chyba struktura, sposób funkcjonowania, wiele nieprzychylnych, zazdrosnych osób, które celowo sabotowały moją pracę. Uważam, że nie powinno to wszystko tak wyglądać. Od początku wiedziałam, że będzie ciężko. Z punktu widzenia dziennikarzy, już od początku byłam na straconej pozycji. Przyszła jakaś młoda dziewczyna, bez doświadczenia, nic nie wie, a do tego jest… dziewczyną. A to chyba najbardziej przeszkadzało męskiej części pracującej w mediach. Pytania – dlaczego ona, a dlaczego nie ja? Od początku miałam pod górkę.

Wiedziałaś na co się piszesz…
Dzisiaj śmieję się z wielu sytuacji, ale czasami są też gorzkie łzy. Żałuję, że tak potoczyła się chociażby afera z Poznania. Mogłam w tamtym momencie zupełnie od tego wszystkiego się odciąć i dać się wygadać „winowajcom”. Później zaczynano mnie łączyć z tą sytuacją, z którą przecież niewiele miałam wspólnego. Dziś patrzę na to w ten sposób, że niektórym zawodnikom pomyliły się chyba jakieś prywatne zjazdy ze zgrupowaniami kadry. Może powinni również w sposób etyczny przykładać się do reprezentowania swojego kraju? Co sobie wtedy pomyślałam? Najbardziej żal mi było żon i rodzin tych zawodników. Najzwyczajniej w świecie im współczułam. Jeżeli rozmawiam prywatnie z kilkoma piłkarzami, którzy mówią mi, że byli w tym dniu w hotelu i nic się nie działo, a później okazuje się, że są dowody na to, że tak nie było, to wychodzę na osobę niepoważną, a wręcz śmieszną. W mediach zostałam przedstawiona jako kłamczucha. Tyle, że to mnie ktoś wcześniej okłamał.

Być może dlatego obrywałaś od mediów, bo ogólny obraz PZPN-u w tamtym momencie, był lekko mówiąc – nie za ciekawy?
Oczywiście, że tak. Dodatkowo pełniąc tę funkcję nie miałam nawet podstawowych narzędzi do pracy. Wszystko musiałam zaczynać od zera. O tym się nie pamięta. Dziś nie ma takiej nagonki na PZPN jak wówczas. Nie wytyka się błędów. Ja byłam rzecznikiem w nie najlepszym okresie dla związku i przez ten pryzmat też byłam pewnie gorzej odbierana. Z tego powodu jest mi przykro.

Nie za ciekawie odbierana byłaś m.in. przez Super Express, Fakt, czy portal weszlo.com, których nie akredytowałaś na mecze reprezentacji.
Jeżeli chodzi o portal weszlo.com, to ja w dalszym ciągu nie uważam osób piszących w tym serwisie za dziennikarzy. Nie uważam, aby osoby, które nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje słowa, mogły nazywać siebie dziennikarzami. Nie pozwolę sobie na to, aby ktoś w sposób bezkarny wylewał swoje osobiste żale na portalu i za to nie odpowiadał. Tak dziennikarstwo na pewno nie powinno wyglądać. Oni działają poza prawem prasowym i dziwię się, że jeszcze nikt nie zrobił z nimi porządku. Jeżeli chodzi zaś o akredytacje, to „wojna” o ich przyznawanie, czy nieprzyznawanie była zupełnie niepotrzebna, bo nie o to w tym wszystkim chodziło. Teraz patrzę na to w ten sposób, że może nie warto było się w to wszystko „bawić”, bo prędzej czy później dziennikarze i tak się za to „odwdzięczą”.

Decyzja o nieprzyznaniu tych akredytacji była twoją decyzją, czy zupełnie kogoś innego?
Nie. To nie były moje decyzje. Ale nie chcę w tym momencie wskazywać osób, które były za to odpowiedzialne. W tej chwili po prostu nie warto.

Nie myślałaś sobie czasami, że może zupełnie niepotrzebnie przyjmujesz wszystko „na klatę”?
Absolutnie! Wielokrotnie miałam tego typu myśli. Ale o tym mogłam powiedzieć tylko najbliższym, rodzinie, a nie mogłam powiedzieć tego głośno w mediach. Powiem szczerze, że nie tyle byłam zmęczona współpracą z mediami, chociaż praca z niektórymi dziennikarzami naprawdę była udręką, co współpracą z niektórymi osobami w PZPN-ie. A takich osób było wiele. Jedną z nich był chociażby Piotr Gołos, który nigdy nie poniósł odpowiedzialności za „aferę orzełkową”, czy swoje poczynania ze słynnym już „Klubem Kibica”. Z tym panem już nigdy nie chciałabym współpracować. Ale takich osób jak on było zdecydowanie więcej. Napsuły mi sporo krwi i nigdy nie były dla mnie żadnym wsparciem. O to mam do nich największe pretensje. Nie było też żadnych reakcji władz, aby bronić pracowników przed innymi, którzy zachowują się nieodpowiednio. Nawet kiedy byłam już na zwolnieniu lekarskim, byłam atakowana przez pana Gołosa w autopromocyjnym wywiadzie na stronie związkowej. Nikt nie zareagował… Czyli dalej jest przyzwolenie na taki sposób pracy.

A sprawa z dachem podczas meczu Polska – Anglia na Stadionie Narodowym w Warszawie?
Ta sytuacja bardzo mnie zabolała. To była chyba pierwsza taka sytuacja w dziejach futbolu, aby odwołać mecz i to na jednym z najnowocześniejszych stadionów w Europie. Istne kuriozum! Dawniej mecze rozgrywano na starych obiektach i nie było z tym problemu, a tu taki klops. Później ta słynna konferencja, na której odpowiadałam przez dwie godziny ciągle na te same pytania. Deszcz, czy nie mogłam przewidzieć ulewy, itd. A to wszystko działo się, kiedy byłam już w ciąży. Byłam tym wszystkim już bardzo zmęczona.

Jednym słowem – miałaś dosyć już tej „szopki”.
Tak. Zdecydowanie miałam dosyć. Było wiele takich momentów, że zastanawiałam się, czy to gra warta świeczki. Nie można w wieczność obwiniać tych samych osób, a po prostu samemu zastanowić się nad tym, czy może własna formuła już się nie wypaliła. Uświadomiłam sobie wtedy, że jestem już chyba zmęczona tą pracą. Przy okazji okazało się, że spodziewam się dziecka, więc w naturalny sposób przeszłam na urlop macierzyński i mogłam pożegnać się z PZPN-em.

Przypuszczałaś pewnie, że pod sterami Zbigniewa Bońka, nie będzie już dla ciebie miejsca w PZPN-ie?
Podczas wyborów na prezesa PZPN byłam już na zwolnieniu, a bycie rzecznikiem prasowym PZPN, to nie jest praca, którą można wykonywać będąc w ciąży. Zależało mi na tym aby dziecko było zdrowe, aby odpocząć, bo podczas pracy w związku nabawiłam się wielu problemów zdrowotnych. Podejmując decyzję o przejściu na urlop macierzyński nie brałam wcale pod uwagę wyborów nowego prezesa.

U prezesa Bońka byłoby łatwiej być rzecznikiem PZPN-u?
Myślę, że pod wieloma względami byłoby łatwiej, ale nie wiem czy ja chciałabym w takiej formule pracować. Co mam na myśli? Chociażby współpracę z takim portalem jak weszlo.com. Niekoniecznie chciałabym mieć z nimi i panem Stanowskim cokolwiek wspólnego. Teraz już ochłonęłam po tym wszystkim. Mija właśnie rok odkąd nie pracuję już w związku. Moje podejście już się trochę zmieniło. Samo ogłoszenie nazwiska mojego „zmiennika” było już swego rodzaju kropką nad „i”. Uważam, że w nie najlepszy sposób zostałam pożegnana. O wszystkim dowiedziałam się z mediów. Ostatnio, kiedy po kilku miesiącach zjawiłam się w siedzibie PZPN-u od razu zabrany został mi mój służbowy komputer. Potraktowano mnie jako swego rodzaju szpiega. Zadawano mi dziwne pytania, np. kiedy zamierzam wrócić, bo jak widzę, mój pokój jest już zajęty. Wcześniej moje rzeczy zostały pochowane w 20 kilogramowe pudła, gdybym chciała się dostać do swoich rzeczy, będąc w ciąży, musiałabym je przeszukiwać. Teraz leżą gdzieś na magazynie, bo przeszkadzały. Od razu nasuwa się pytanie: czy chciałoby się pracować z takimi osobami, które mają takie podejście do niektórych spraw?

Teraz silnie udzielasz się przy zbliżających się MŚ w podnoszeniu ciężarów.
Tak. Pomagam, bo nie współpracuję jako etatowy pracownik. Kocham sport i dalej chcę udzielać się w inicjatywach, które silnie są z nim związane. Jeżeli mogę pomoc przy tak fajnej imprezie, którą będą MŚ organizowane w naszym kraju, to dlaczego nie? Zajmuję się promocją tej imprezy, patronatami medialnymi, czy organizacją biura prasowego. Nie jestem jednak rzecznikiem prasowym. Tę funkcję pełni Marek Kaczmarczyk.

Łatwiejsza i przyjemniejsza praca, niż w PZPN-ie?
Na pewno jest to praca pod mniejszym „ciśnieniem”. Ludzie, którzy tutaj pracują nie są zmanierowani i naprawdę chcą coś zbudować. Są naprawdę chętni do działania. Nie ma też takiej nagonki medialnej. To wszystko sprawia, że praca jest przyjemniejsza i ciekawsza.

Chciałabyś wrócić kiedyś do pracy przy piłce?
Trudne pytanie. Szczerze odpowiem, że nie wiem. Nie wiem, co będzie i nigdy nie mówię „nie”.

Praca na stanowisku rzecznika prasowego PZPN?
Życie pisze własne scenariusze… A czasami te scenariusze są zaskakujące dla nas samych. Nigdy nie mów nigdy…

Podziel się na:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Kciuk.pl
  • LinkedIn
  • RSS
  • Spis
  • Twitter
  • Wykop

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *