Elżbieta Stepska-Kot – koszmar dzieciństwa

Mieszkająca w Skrzyszowie, Elżbieta Stepska- Kot, jako trzylatka została wywieziona wraz z matką i starszą o sześć lat siostrą do Kazachstanu. Spędziła tam ponad sześć lat, przebywając kolejno w miejscowościach: Żołkuduk, Pawłodar i Urlutiup. Jej historia przedstawiająca walkę o przetrwanie stanowi idealny scenariusz do nakręcenia filmu. Dziś pani Elżbieta stara się przekazywać bolesne doświadczenia z dzieciństwa za pomocą pisanych przez siebie książek.

Elżbieta Stepska-Kot

Polski śmieć”

Rodzina pani Elżbiety pochodzi z tutejszych terenów. Jej mama dorastała w Szynwałdzie, natomiast tata w Łękach Górnych w gminie Pilzno. Ojciec, Tomasz Sławiński był ułanem. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna świetnie jeździł konno. Za namową Józefa Piłsudskiego wstąpił do policji. Przez rok pracował w Tarnowie, a następnie został oddelegowany do Uścia Zielonego nad Dniestrem, gdzie w 1937 roku na świat przyszła pani Elżbieta. Z czasem rodzina przeniosła się do Tarnopola, gdzie pan Tomasz znalazł zatrudnienie w tamtejszej Komendzie Wojewódzkiej Policji. – Był 17 września 1939 roku. Miałam nieco ponad dwa lata, więc tamte wydarzenia przytaczam bardziej z opowiadań siostry i mamy – mówi pani Elżbieta. – Wraz z siostrą przez cały dzień wpatrywałyśmy się w okno. Dzień wcześniej tata obiecał nam, że wróci wcześniej z pracy i ruszymy na zakupy. Ja miałam otrzymać ukochaną lalkę, a siostra książkę. Nie sądziłyśmy wówczas, że właśnie ten dzień odmieni wiele najbliższych lat w naszym życiu. Mieszkający w Tarnopolu ludzie zostali poinformowani, że po południu do miasta wkroczy wojsko sowieckie. Tata, zamiast wrócić do domu, został zabrany do tarnopolskiego więzienia o zaostrzonym rygorze. Po kilku dniach w naszym domu pojawił się żołnierz NKWD. Kazał nam zabrać wszystkie swoje rzeczy i wyprowadzić się do suteryn. Nasze mieszkanie miał wynajmować jeden z rosyjskich żołnierzy. Ostatecznie okazało się, że był z pochodzenia Polakiem, więc postanowił wynająć dla siebie tylko jeden pokój, a nam oddał drugie pomieszczenie. Wielokrotnie nam pomagał, m.in. informując o tym, gdzie przebywa mój tata, którego ostatni raz widziałam kilka tygodni później, kiedy wraz z innymi więźniami wyprowadzany był na błonia tarnopolskie. Wszystko obserwowałam z daleka. Moja starsza siostra miała więcej szczęścia, ponieważ udało jej się dobiec do taty, który przykrył ją długą peleryną. Siostra przez lata wspominała, że nigdy nie zapomni smaku jego łez, które z jego oczu poleciały na jej usta.

Miesiąc po tym zdarzeniu, rodzina pani Elżbiety otrzymała tajemniczy list, bez znaczka oraz pieczęci i adresu. Okazało się, że jego nadawcą był ojciec, który pisał, iż przebywa w obozie w Ostaszkowie i prosił, aby rodzina próbowała uciekać z Tarnopola. Ostatecznie ucieczka okazała się nieudana. 13 kwietnia 1940 roku do domu rodziny Sławińskich weszli żołnierze NKWD. Kazali zabrać najbardziej potrzebne rzeczy i opuścić budynek. Przy drzwiach wejściowych czekała już jedna z rosyjskich rodzin, która miała przejąć po nich mieszkanie. – To było straszne. Wrzucono nas do samochodu ciężarowego, a następnie wywieziono na tarnopolski dworzec. Znajdowało się tam mnóstwo ludzi. Niektórzy w samym piżamach, ponieważ wszystko odbywało się o godz. 2 w nocy. Zaczęto upychać nas do wagonów. Ludzie przy użyciu noży robili małe otwory, aby móc zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz. Mnóstwo osób zmarło podczas podróży. Zatrzymaliśmy się na jakimś przystanku. Ciała zmarłych wyrzucono do błota, a nam podano szklankę wody, aby się napić. Ostatecznie po ponad miesięcznej podróży, która odbywała się z kilkudniowymi przerwami, dotarliśmy do kazachskiej miejscowości – Żołkuduk. Dookoła nie było żadnych drzew. Przypominało to pustynię. Podzielono nas na grupy. Każda składająca się z 4-5 rodzin, po czym przyznano nam ziemianki, czyli domy zbudowane z ziemi. Nie było w nich mebli, czy twardego podłoża. Większe deszcze powodowały, że chodziliśmy i spaliśmy w błocie. Dzieci rozdzielono od matek. Kobiety zabrano do pracy, gdzie suszyły zboże, a nas oddano do przytułku dla dzieci.

W przytułku już od pierwszego dnia polskie dzieci traktowano bez większego szacunku. Zakazano im używać polskich imion, a także bito. – Słowa jednej z opiekunek pamiętam do dziś. Powiedziała mi, że nie jestem żadną „Niunią”, jak kazałam na siebie mówić, ale zwykłym „polskim śmieciem”. Bardzo brakowało mi mamy. Zaprzyjaźniłam się jednak z kazachskimi dziećmi, a ich mamy często mi pomagały, chociaż miały zakaz, aby to robić. Potrafiły mnie przytulić, pocałować, a także dać kawałek sera do zjedzenia. Moja mama pojawiała się w domu raz na dwa tygodnie. Ciągle byłam głodna, więc kiedy zjawiała się z półkilogramowym bochenkiem chleba, wraz z moją siostrą delektowałyśmy się każdym kawałkiem. Sama już jako 4- latka zostałam wysłana do pracy. Rękami kleiłam kiziaki, czyli wysuszone odchody zwierzęce służące jako opał. Po trzech latach wywieziono mnie, siostrę i mamę do Pawłodaru. Tam również nie było za różowo. Aby nie być głodnym, jedliśmy wszystko, co się poruszało, zaczynając od psów i kotów, a kończąc na zdechłych krowach, które padły w wyniku gruźlicy. Korzenie trawy również były jednymi z moich ulubionych przysmaków – wspomina ze łzami w oczach pani Elżbieta.

Wracajcie do domu!

Ostatnim przystankiem w Kazachstanie dla rodziny pani Elżbiety była miejscowość Urlutiup. Warunki były już znacznie lepsze niż wcześniej. Wraz z siostrą i mamą do swojej dyspozycji miała dom, w którym mieszkało kilka rodzin. Mama pani Elżbiety pracowała przy hodowli bydła i nadal sporadycznie widywała się z córkami. Początek końca ich wędrówki z dala od Polski rozpoczął się w 1945 roku. To wówczas do Urlutiupu zawitał jeden z księży, który na widok polskich rodzin zapytał, co tu jeszcze robią? – Ksiądz zaczął nam mówić, że już dawno powinniśmy wrócić do domu. Niesamowicie ucieszyła nas ta informacja. Już rok później całą trójką wsiadłyśmy z innymi polskimi rodzinami w pociąg, który zawiózł nas do Polski. Mama była ubrana w samą marynarkę, nałożoną na nagie ciało, a ja z rękawa od bluzy miałam wykonaną spódniczkę. Wizualnie prezentowałyśmy się fatalnie, ale wewnątrz czułyśmy olbrzymią radość. Mama poprosiła, aby pozwolono nam jechać do Tarnowa, ponieważ stamtąd pochodzi jej rodzina. Kiedy dotarłyśmy na miejsce, mama padła krzyżem na ziemię. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Nieopodal jakaś kobieta sprzedawała na straganie owoce. Po raz pierwszy na oczy widziałam wiśnie. Wcześniej znałam je z opowiadań siostry, która patykiem rysowała mi je na piasku. Jedna z nich spadła sprzedawczyni na ziemię. Siostra podniosła ją i dała mi zjeść. Do tamtej pory nic smaczniejszego nie miałam w ustach – mówi pani Elżbieta i dodaje – Poprosiłyśmy o pomoc furmana, aby zawiózł nas do Skrzyszowa, gdzie mieszkał wujek mojej mamy. Dotarłyśmy do młyna, gdzie pracował kuzyn mamy. Na nasz widok zalał się łzami. Zabrał nas do domu wujka. Przez wiele lat spałam albo na podłodze, albo na desce. W momencie, kiedy kazano mi usiąść na kanapie, nawet nie widziałam jak to zrobić. Czułam się bardzo nieswojo. Jadłam rzeczy, o których do tej pory tylko śniłam i ubierałam się w sukienki, których nie widziałam dotąd na oczy. Z czasem zaczęłam uczęszczać na lekcje do szkoły. Wszystko było dla mnie nowe i niejednokrotnie płakałam z tego powodu, bo nie potrafiłam się przyzwyczaić.

Ostatecznie pani Elżbieta ukończyła technikum, liceum pedagogiczne oraz Studium Nauczycielskie w Krakowie. Po studiach na Uniwersytecie Jagiellońskim odbyła również studia podyplomowe w Piotrkowie Trybunalskim. W 1957 roku rozpoczęła pracę w Skrzyszowie, gdzie przez 34 lata przeszła wszystkie etapy kariery zawodowej – od sekretarki szkolnej do dyrektora szkoły. Po przejściu na emeryturę poświęciła się pracy społecznej w Zarządzie Związku Sybiraków w Tarnowie, w Zarządzie Rodziny Katyńskiej w Tarnowie, w Zarządzie Ogólnopolskiego Stowarzyszenia „Rodzina Policyjna 1939 roku” w Katowicach, pełniąc równocześnie funkcję przewodniczącej Stowarzyszenia z oddziałem w Tarnowie.

– O śmierci taty tak naprawdę dowiedziałam się na początku lat 90. Tuż po ekshumacji zwłok w Miednoje byłam w zarządzie „Rodziny Policyjnej 1939 roku” w Katowicach. Dostałam książki przywiezione przez gen. Jaruzelskiego w języku rosyjskim. Szukałam w nich danych osób, które zginęły w tamtych latach, a pochodziły z ziemi tarnowskiej. Na jednej ze stron znalazłam dane swojego ojca. Z treści wynikało, że został zamordowany 5 kwietnia 1940 roku. Czytając te informacje, poczułam, jakbym właśnie w tym momencie straciła tatę. Emocje były tak ogromne, że zemdlałam… – mówi mieszkanka Skrzyszowa i dodaje, że wkrótce po poznaniu okoliczności śmierci taty, wyruszyła w podroż do Miednoje. – Napisałam do ówczesnego prezydenta Polski, Lecha Wałęsy, aby móc tam pojechać. Otrzymałam zezwolenie i razem z siostrą udałyśmy się w miejsce, gdzie zamordowano naszego tatę. Zobaczyłam wszystkie doły śmierci. Dowiedziałam się, w którym dokładnie znajdują się szczątki mojego ojca. To było straszne doświadczenie…

Książki upamiętniające przeżycia

Obecnie 82-letnia Elżbieta Stepska- Kot od kilku lat zajmuje się pisaniem książek, w których wraca wspomnieniami do lat młodzieńczych swojego życia. Pomysł, aby przelewać na kartki papieru trudne czasy dzieciństwa i dorastania, zrodził się przypadkowo. – Podczas wizyty w Miednoje, podszedł do mnie dziennikarz i poprosił o kilka słów. Zaprezentowałam mu swój wiersz, który napisałam, tuż przed podrożą. Został on wyemitowany na antenie Polskiego Radia. Ludzie zaczęli do mnie pisać i wydzwaniać, abym na tym nie poprzestała i dalej opowiadała o trudnych losach Polaków, których w latach 40. wywieziono do Kazachstanu. Tak w 1996 roku światło dzienne ujrzała moja pierwsza książka „Ballada syberyjska”, która ukazuje wstrząsające wspomnienia z tułaczki, którą przeżywałam wraz z matką i siostrą w latach 1940-1946. Z czasem zaczęły pojawiać się kolejne książki, takie jak: „Okaleczone dzieciństwo”, „Moja myśl”, „Zachować od zapomnienia”, a w ubiegłym tygodniu zaprezentowałam swoje najnowsze dzieło – „Opowiedz mi, Babciu, jak to było dawniej”. Pisanie sprawia mi wielką radość oraz pozwala wracać pamięcią do tych ciężkich i trudnych momentów mojego dzieciństwa, których mimo wszystko nigdy nie chciałabym zapomnieć.

Mieszkanka Skrzyszowa twierdzi, że pomimo upływu lat, doświadczenia z dzieciństwa w jej głowie są tak świeże, jak gdyby wydarzyły się wczoraj. – Często miewam sny o Kazachstanie. Widzę siebie zagubioną, błąkającą się po tamtejszych stepach. Nie mam w co się ubrać, nie mam co zjeść. Kiedy się budzę, zaczynam doceniać każdą rzecz, która mnie otacza. Kocham Skrzyszów, kocham Szynwałd i nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać, gdzie indziej. O Kazachstanie nie mam zamiaru jednak zapominać. Moja mama zmarła w 1999 roku. Odwiedziła mnie dzień przed swoją śmiercią i prosiła, abym nigdy nie zapomniała i przekazywała dalej wszystkie te historie, które nas spotkały, ponieważ należy się to mojemu tacie i wszystkim tym, którzy przeszli przez to piekło. Czuję, że jest to moja misja, dlatego staram się jak najlepiej ją realizować nie tylko przez pisanie książek, ale również przez swoje opowieści…

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl

*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *