Z Grzegorzem Wójcikiem, fotografem z Wojnicza, który od 2011 roku wykonuje zdjęcia podczas kolejnych edycji „Przystanku Woodstock”, rozmawia Sebastian Czapliński.

Z wykształcenia jest pan informatykiem. Kiedy zrodziła się w panu miłość do fotografii?
Trudno jednoznacznie wskazać ten moment. Pamiętam, że w domu mieliśmy stary aparat, który sporadycznie służył nam do dokumentacji różnych rodzinnych wydarzeń i uroczystości. Sięgnąłem po niego i sam zacząłem pstrykać zdjęcia. W latach 90. dużą popularnością nie tylko w Tarnowie cieszył się zespół Ziyo. Słuchając ich muzyki, wiedziałem, że muszę pojawić się na ich koncercie i wykonać kilka fotografii. To wtedy po raz pierwszy miałem styczność ze zdjęciami wykonywanymi podczas koncertów. Później w Wojniczu powstało Wojnickie Towarzystwo Fotograficzne FOTUM. To tam nauczyłem się fotografii analogowej, aż w końcu zająłem się reportażem. W międzyczasie pojawiło się także zamiłowanie do Photoshopa, ale miłość do klasycznych zdjęć, bez zbędnych przeróbek zwyciężyła.

Od początku fascynował się pan wykonywaniem portretów?
Tak. Nigdy nie kręciło mnie wykonywanie zdjęć przyrody, natury, krajobrazów… W zdjęciach zawsze pociągli mnie ludzie. Robiłem zdjęcia pozowane, ale również zupełnie przypadkowe na ulicy. Nie stanowiło dla mnie większej różnicy, czy ktoś przyjmuje odpowiednią pozę do zdjęcia, czy też jest kompletnie nieświadomy, że właśnie stał się moim obiektem do sfotografowania. Najważniejsze w wykonywaniu zdjęcia jest to, aby portret danej osoby oddawał jej energię i charyzmę. Dlatego tak bardzo lubiłem i nadal lubię wykonywać zdjęcia artystom na scenie.

Czyli oprócz miłości do fotografii pała pan też miłością do muzyki?
Co prawda nie jestem muzykiem, ale od dawna fotografowałem artystów podczas ich występów. Oczywiście koncerty nie odbywają się codziennie, a raczej co weekend i to przeważnie w lecie. Nie stanowiło to dla mnie jednak problemu i często pojawiałem się na różnych imprezach. Można stwierdzić, że właśnie poprzez miłość do muzyki dotarłem na Przystanek Woodstock. Pojechałem tam po to, aby wykonać zdjęcia artystów występujących na scenie, jednak ostatecznie praca, jaką tam wykonywałem, przybrała nieco inny charakter…

Zamiast na muzykach skupił się pan na publiczności.
Ktoś, kto nigdy nie był na Przystanku Woodstock, postrzega go jako jeden, wielki koncert i coś, na czym wypada być przynajmniej raz w życiu. Kiedy w 2011 roku pojawiła się okazja, aby się na nim zjawić, nie wahałem się zbyt długo. Wiedziałem, jakie zespoły tam wystąpią, więc liczyłem na kilka ciekawych zdjęć. Dopiero na miejscu okazało się, że to, co jest najbardziej interesujące, wcale nie dzieje się na scenie, a wokół niej. Energia, z jaką kilkaset tysięcy ludzi przeżywa każdy dzień Przystanku Woodstock, jest nie do opisania. Przez 3-4 dni trwania koncertu trzeba funkcjonować w niemal spartańskich warunkach, a uczestnicy wydarzenia muszą ze sobą współpracować na różnych płaszczyznach. Wszystkie te relacje widać na zdjęciach, które wykonałem. Jeżeli ktoś nie doświadczy tego na własnej skórze, trudno to opisać.

Grzegorz Wójcik. fot. Red Wine art

Uzależnił się pan od Przystanku Woodstock?
Od 2011 roku byłem na siedmiu koncertach. Można powiedzieć, że przesiąknąłem tym wydarzeniem i trudno wyobrazić mi sobie, abym miał nie pojawić się na kolejnych edycjach. Przystanek Woodstock to jedno wielkie miasto pod namiotami, które funkcjonuje przez kilka dni.
Z każdego wypadu na to wydarzenie wracam do domu wyczerpany. Niejednokrotnie mówię sam sobie, że to był już ostatni raz, kiedy tam się pojawiłem, jednak za każdym razem wracam.

Wykonując zdjęcia z tego wydarzenia, wkracza pan w tłum tych wszystkich ludzi, czy raczej jest pan biernym uczestnikiem?
Praktycznie cały dzień jestem na nogach. Do swojego namiotu wracam tylko wtedy, kiedy muszę odpocząć lub zmienić ubranie. Z reguły chodzę i przez dłuższy czas rozmawiam z ludźmi. Poznaję ich historię, skąd są, dlaczego zdecydowali się przyjechać w to miejsce… Kiedy fotograf poznaje grupę ludzi od środka, wiedząc, że będzie przez kilka kolejnych dni wykonywał im zdjęcia, praca staje się łatwiejsza, a i efekty są lepsze. Obserwowanie tego wszystkiego z dystansu na pewno wpłynęłoby negatywnie na jakość zdjęć. Zabrakłoby w nich charakteru i charyzmy tych ludzi. Sytuacje, które sfotografowałem podczas Przystanku Woodstock, to w większości wydarzenia, których nie przewidziałem. Niektóre zdjęcia zaskakują i mnie. To zdecydowana przewaga nad fotografią pozowaną.

Jak reagują uczestnicy Przystanku Woodstock, kiedy biega pan wśród nich z aparatem?
Większość zdjęć nie jest pozowanych, więc osoby, które się na nich znalazły, nawet nie wiedziały, że właśnie wymierzyłem w nie swój aparat. Nigdy nie spotkałem się z utrudnianiem mi pracy. Wręcz przeciwnie! Zdarzały się sytuacje, że ludzie mieli mi za złe, że akurat w tym momencie nie wykonałem im zdjęcia. To wielka impreza, która gromadzi fotoreporterów z różnych zakątków świata. Ludzie, którzy się tam znaleźli, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że mogą pojawić się na wielu zdjęciach. Nikt nie robi z tego powodu problemów.

Przygotował pan w formie cyfrowej album „Dotyk Woodstock.pl” zawierający piękne, niepublikowane wcześniej zdjęcia z Pol’and’Rock Festival. W październiku zbierał pan w internecie pieniądze, aby wydać wersję papierową, jednak nie udało się zebrać odpowiedniej sumy…
Do tej pory słyszałem o dwóch albumach poświęconych Przystankowi Woodstock, więc pomyślałem, dlaczego sam miałbym tego nie zrobić. Jego wydanie to jednak bardzo trudna sprawa pod względem finansowym. W albumie miałoby znaleźć się 48 zdjęć, w tym 40 nigdy wcześniej niepublikowanych. Część zdjęć wchodzących w skład albumu została wyróżniona w prestiżowym konkursie International Photography Awards w 2019 roku. Zdjęcia można zobaczyć na stronie internetowej DotykWoodstock.pl. Album chciałem wydać niezależnie tzw. self publishing, stąd pomysł na zorganizowanie zbiórki w Internecie. Niestety moje przedsięwzięcie zakończyło się niepowodzeniem. Nie składam jednak broni. Obecnie szukam sponsora, który byłby zainteresowany jego sfinansowaniem. Trzeba jednak pamiętać, że albumy fotograficzne są dość specyficzne. Niestety, ale bardzo mały procent ludzi jest nimi zainteresowanych. Ich ceny są wysokie, a niestety wiele osób przejrzy zawarte w nich zdjęcia zaledwie kilka razy i na czas nieokreślony odkłada album na półkę…

Nie wiadomo co z kolejnymi edycjami Przystanku Woodstock. Tegoroczna została odwołana ze względu na koronawirusa. Ma pan jakąś alternatywę na dalszą swoją pracę związaną z fotografią?
Jest plan, aby pokazać nasz kraj na fotografii. Mamy mnóstwo ciekawych miejsc, które można ukazać na zdjęciach. Szczegółów nie chcę zdradzać, ponieważ wiąże się to z pracą na najbliższe kilka lat. Na pewno fotografie przedstawiałyby połączenie przyrody i ludzi. Zdarzają się też pytania, czy w sytuacji, kiedy tak bardzo fascynuje mnie wykonywanie zdjęć ludziom, nie myślałem np. o fotografii wojennej? Mnie jednak ona kompletnie nie kręci i mam nadzieję, że nigdy nie będę zmuszony wykonywać takich zdjęć. Wystarczy poczytać życiorysy fotografów, którzy mieli odwagę zajmować się tą tematyką. Wielu z nich zmagało się później z syndromem stresu pourazowego, co w efekcie kończyło się nawet samobójstwami. Z fotografii przede wszystkim trzeba czerpać radość. I ja staram się to robić…

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl

*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.