Joker wyjęty z talii. Karciana kolekcja Ryszarda Jarmuły

Któż z nas nie grał w makao, pokera, czy brydża? Dla jednych karty stanowią tylko przedmiot do gry, dla innych mogą stać się życiową pasją. Ryszard Jarmuła od 1976 roku kolekcjonuje karty ze szczególnym uwzględnieniem jokerów. Obecnie jego kolekcja należy do najliczniejszych w kraju a chętnych do odkupienia całego zbioru ciągle przybywa.

ryszard-jarmula

Ryszard Jarmuła

Mieszkaniec Tarnowa nie ukrywa, że już od najmłodszych lat uwielbiał kolekcjonować różne przedmioty. – Już jako pięciolatek obracałem się w towarzystwie, które kolekcjonowało znaczki. Pomyślałem, że sam również mógłbym to robić. Kiedy poszedłem do pierwszej klasy, ojciec zapisał mnie nawet do Polskiego Związku Filatelistów a z czasem sam założyłem w Tarnowie koło miłośników znaczków pocztowych. Po kilku latach kolekcjonerów znaczków było jednak coraz mniej. Sam również nie miałem do tego już takiego zapału, jak wcześniej. Zacząłem wówczas grywać w brydża sportowego. Na jednym ze spotkań w gronie znajomych, kolega rozpakował talie kart. Od razu chciał wyrzucić jokery, których w brydżu się nie używa. Karty pochodziły z dawnego NRD a dokładnie z Altenburga. Od razu wpadły mi w oko. Poprosiłem go, aby ich nie wyrzucał tylko podarował mi je w prezencie. W ten oto sposób, od sześciu jokerów z NRD, zaczęła się moja przygoda z kolekcjonowaniem tych pięknych kart.

Obecnie pan Ryszard posiada w swojej kolekcji ponad 11 tys. różnych jokerów a jego zbiór należy do jednych z największych w Polsce. Na początku karty nabywał w Krakowskich Zakładach Wyrobów Papierowych, jednak z czasem udało mu się nawiązać wiele kontaktów z innymi kolekcjonerami z różnych zakątków świata, co spowodowało znaczny rozrost jego kolekcji. – Większość kart umieszczonych mam w specjalnych klaserach. Każdy z nich zawiera konkretny rodzaj kart i tematykę. W jednym znajdują się jokery z kobietami, inny zawiera nietypowe rozmiary kart, a kolejny wyłącznie karty polskiej produkcji. Posiadam jokera z papirusu, umieszczonego na folii, z kartonu, czy z plastiku. Największe rozmiary ma natomiast joker wyprodukowany przez Krakowskie Zakłady Wyrobów Papierowych, którego powierzchnia wynosi 60 cm. na 40 cm. Wśród nietypowych okazów mam też takie, jak chociażby w postaci choinki, jajka wielkanocnego, czy egipskiej mumii. Jednym z najczęściej zbieranych przeze mnie egzemplarzy są te, które przedstawiają krajobrazy. Nie interesują mnie natomiast karty zawierające reklamę, napisy, a także… pornograficzne pomimo tego, iż miałem ich na początku blisko 200 w swojej kolekcji. Najcenniejszy dla mnie jest natomiast joker pochodzący z czasów Polski międzywojennej wyprodukowany w pierwszej w kraju fabryce kart do gry w Grodnie. Pomimo tego, iż jest już zniszczony i połamany, ma dla mnie największą wartość. Wiem, że są już na świecie jokery wyprodukowane ze złota i srebra, jednak wciąż są moim niespełnionym marzeniem – śmieje się pan Ryszard.

Kolekcjoner z Tarnowa przez 15 lat był członkiem ekskluzywnego międzynarodowego „Klubu Jokers”, którego siedziba znajduje się w brukselskim „Atomium”. Jak sam mówi, to właśnie poza granicami naszego kraju kolekcjonowanie jokerów ma znacznie więcej zwolenników, niż u nas. – W Polsce jest to wciąż nietypowe hobby, natomiast w Belgii, Holandii, USA, czy we Włoszech jest bardzo popularne. Za każdym razem, kiedy wyjeżdżałem za granicę, zabierałem ze sobą kilka egzemplarzy moich kart, by mieć coś na wymianę. W taliach składających się z 52 kart zwykle znajdziemy dwa jokery – czerwonego i czarnego i mimo tego, iż pochodzą z jednego opakowania, mogą się od siebie bardzo różnić, jak chociażby strojem, czy mimiką twarzy. Bez wątpienia jest to również bardzo kosztowna pasja. Na amerykańskich serwisach aukcyjnych ceny jokerów sięgają nawet 2 tys. dolarów!

Pan Ryszard pytany o dalsze losy swojej kolekcji nie ukrywa, że w pewnym momencie nadejdzie czas, kiedy będzie chciał przekazać ją w odpowiednie ręce. – Już teraz dostaję zapytania od kolekcjonerów z całego świata, czy byłbym skłonny sprzedać swój zbiór. Na razie jednak skupiam się na poszukiwaniu kolejnych unikatów i poszerzaniu kolekcji. Co będzie później? Zobaczymy. To część mojego życia, więc na pewno nie chciałbym aby kiedyś całość wylądowała w koszu na śmieci…

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *