Józef Zadorożny – dziecko Armii Andersa

Józef Zadorożny, który od 19 lat mieszka w Tarnowie, jako trzylatek został wywieziony na Sybir. Wraz z Armią Andersa w 1942 roku opuścił ZSRR i przeniósł się do Iranu. Lata tułaczki po różnych krajach świata doprowadziły go do Stanów Zjednoczonych, gdzie jako żołnierz tamtejszej armii wyruszył do Azji, gdzie patrolował granicę pomiędzy Koreą Północną a Południową. Słowa: bieda, głód i strach najlepiej określają to, czego doświadczył w swoim życiu.

Józef Zadorożny

Ciastka z mąki i kory

Józef Zadorożny urodził się w 1937 roku nieopodal miejscowości Sokal położonej nad Bugiem. Obecnie jest to miejscowość znajdująca się na terenie Ukrainy około 20 km na wschód od granicy polsko-ukraińskiej. Już jako dziecko musiał radzić sobie z trudnościami, z jakimi dziś ciężko byłoby poradzić sobie niejednej dorosłej osobie. Kiedy pan Józef miał zaledwie trzy lata, do drzwi jego domu, w którym mieszkał z matką, zapukał rosyjski żołnierz. Komenda była prosta – musicie, jak najszybciej wyjechać! 10 lutego 1940 r., rozpoczęła się pierwsza masowa deportacja obywateli polskich w głąb Związku Sowieckiego. Według danych NKWD do północnych obwodów Rosji i na zachodnią Syberię deportowano około 140 tys. ludzi.

– Zapakowano nas na sanie i przewieziono do pociągu. Zabraliśmy ze sobą jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Na Syberię jechaliśmy ponad miesiąc. Przez ten czas w wagonach zmarło mnóstwo ludzi. Umierano z zimna, głodu i wyczerpania – wspomina dziś 82-latek, który twierdzi, że na Syberii przeżył najgorsze chwile swojego życia. – To były niezapomniane dwa lata. Moja mama pracowała w lesie przy drzewie, m.in. obcinając gałęzie, czy ściągając korę, a ja trafiłem do ochronki. Temperatura potrafiła spadać do minus 75 stopni Celsjusza! Pomimo tego, że Rosjanie naprawdę dobrze płacili, to pieniądze nie były nic warte. Nie dało się kupić nawet chleba, ponieważ był on na tyle cenny, że nikt nie zamierzał go sprzedawać. Szansą na znalezienie pożywienia były niedziele, kiedy mogliśmy udać się do wiosek i zaproponować Rosjanom wymianę. Polacy wymieniali ubrania oraz naczynia, które zabrali ze sobą z kraju, na niewielką ilość pokarmu. Mnie i mamę uratowała kołyska, którą zabraliśmy z Polski. Pewnego dnia przyjechał do nas Rosjanin i w zamian za nią dał nam sporą ilość jedzenia, która starczyła na kilka dni. Sam miałem to szczęście, że przebywałem w ochronce. Tam mogłem liczyć na ciepłą herbatę i miskę zupy oraz od czasu do czasu na niewielką bułkę. Zdarzał się jednak i taki okres, kiedy przez kilka dni nie mieliśmy czego włożyć do ust. Ludzie jedli, co tylko się dało. Bywało, że ktoś gotował zupę z mięsa zwierzęcia, którego ciało przez kilka dni rozkładało się w lesie. Pamiętam, że jednym z przysmaków były specjalne ciastka, które robiło się z mąki i… spróchniałej kory drzew, którą mielono w młynkach do kawy.

W siatkówkę z królem Iranu

Ratunek przyszedł w momencie, kiedy Hitler zaatakował ZSRR. Józef Stalin zmienił zdanie na temat przyszłości osób deportowanych. Polacy, których uwolniono z więzień na mocy układu zawartego z premierem Władysławem Sikorskim, mieli zacząć walczyć u boku Rosjan. Armia polska, mająca walczyć z Niemcami początkowo formowała się w ZSRR, jednak ostatecznie generał Władysław Anders wyprowadził dywizje do Persji (obecnego Iranu), pozostającej pod wpływem brytyjskim. Do Persji podążyli nie tylko ochotnicy do nowej armii, ale również tysiące wygłodzonych kobiet i dzieci, wśród których znalazł się również pan Józef ze swoją matką. Szacuje się, że łącznie do Persji trafiło ponad 110 tys. Polaków z ZSRR.

– Kiedy przybyliśmy do Persji, byłem chory. Nie dość, że miałem chory żołądek, to dodatkowo złapałem tyfus od swojej mamy. Razem wylądowaliśmy w szpitalu. Kiedy już odzyskaliśmy zdrowie, trafiłem do ochronki, a moja mama znalazła pracę, jako kucharka właśnie w szpitalu, w którym nas leczono. Co ciekawe przebywając właśnie w ochronce, miałem możliwość zagrania w siatkówkę z… Mohammadem Rezą Pahlawim, ostatnim królem Iranu z dynastii Pahlawi, który często nas odwiedzał. Udało mi się również poznać generała Sikorskiego, który będąc pewnego dnia w ochronce, wziął mnie na kolana i wręczył czekoladę w kształcie złotej rybki. Czas spędzony w Persji wspominam bardzo dobrze. To był inny świat w stosunku do tego, z czym mieliśmy do czynienia na Syberii – mówi pan Józef i dodaje – Początkowo mieszkaliśmy w Teheranie, a później przeniesiono nas do Ahwazu. Przez niecałe dwa lata mieszkaliśmy w… stajniach po wielbłądach. Wcale nie chodziło o to, że nie było dla nas innych miejsc, a o temperaturę, jaka panowała na zewnątrz. W okresie letnim można było położyć na słońcu patelnię, a na niej mięso lub jajko i po chwili były już usmażone. Był rok 1944, a pod Monte Casino odbywała się bitwa pomiędzy wojskami alianckimi a Niemcami. To wówczas słuchając audycji w polskim radiu, dowiedziałem się o śmierci wujka, najstarszego brata mojej mamy, który zginął od kul wystrzelonych w jego kierunku z armatki. Kolejne lata, to kolejne wędrówki. Wylądowaliśmy w Libanie, później w na chwilę zatrzymaliśmy się w Egipcie, aby w 1948 roku wyjechać do Anglii. Dopiero tam rozpocząłem swoje nowe życie…

Józef Zadorożny i Sebastian Czapliński

Amerykański żołnierz

W Anglii pan Józef spędził sześć lat. Przez ten czas uczęszczał do polskiej, ale i angielskiej szkoły, dzięki czemu świetnie opanował język angielski. Jak sam mówi, nie było opcji, aby wówczas wrócić do Polski. – Powiedziano nam, żebyśmy nie wracali, bo nie ma do czego wracać. Tereny, gdzie się urodziłem, zostały całkowicie zniszczone. Moja mama i ojczym w 1955 roku otrzymali wizy i mogli wyjechać do USA. Miałem wtedy 18 lat i tak naprawdę w Anglii nic mnie nie trzymało. Postanowiłem więc wyjechać z nimi.

Zaledwie po dwóch miesiącach pobytu w Stanach Zjednoczonych pan Józef postanowił zaciągnąć się do tamtejszej armii. Zakomunikował, że chce walczyć, więc z miłą chęcią wyruszy w najbardziej niebezpieczne miejsca, gdzie przebywali obecnie amerykańcy żołnierze. Ostatecznie trafił do Korei Południowej, gdzie jego zadaniem było m.in. patrolowanie granicy, aby obywatele Korei Północnej nie przemycali do swoich południowych sąsiadów narkotyków. – Wszystko odbywało się tuż po wojnie koreańskiej, która toczyła się w latach 1950-1953. W momencie, kiedy sam znalazłem się na tamtejszych terenach, było już bezpieczniej, ale na pewno nie można użyć sformułowania, że było bezpiecznie. Dochodziło do starć amerykańskich żołnierzy z przemytnikami, w których ginęli ludzie. Byłem tam nieco ponad dwa lata. Kiedy wróciłem do USA, moja trzyletnia umowa z wojskiem właśnie wygasała. Amerykanie chcieli mi ją przedłużyć, ale ja grzecznie podziękowałem. Kolejnym miejscem, w które chciano mnie wysłać, miał być Wietnam. Nie chciałem tam jechać, ponieważ w głębi duszy… trzymałem stronę Wietnamczyków. Walczyli o swoją wolność, a ja nie chciałem im jej zabierać – mówi 82-latek.

Ostatecznie pan Józef zamieszkał w Chicago i tam przez blisko 45 lat pracował w różnych branżach. Jak sam dziś wspomina, najczęściej chwytał się tego, gdzie płacono najwięcej. – Pracowałem w odlewni, byłem również operatorem prasy, znalazłem zatrudnienie w fabryce ciągników, a także w piekarni. Stamtąd nawet dosyć szybko mnie wyrzucili, ponieważ pobiłem się z jednym z amerykańskich współpracowników, który zaczął wyzywać mnie od „Polaczków”, a przez pryzmat tego, co przeszedłem do tej pory w swoim życiu, nie mogłem sobie na to pozwolić. Kiedy udałem się na zasłużoną emeryturę, postanowiłem przeprowadzić się do Tarnowa. Była to zwykła kalkulacja. Za amerykańską emeryturę zdecydowanie łatwiej jest przeżyć w Polsce, aniżeli w Stanach Zjednoczonych. W 2000 roku przyjechałem do Tarnowa z żoną, która pochodziła właśnie z tego miasta. Niestety dwa lata później zmarła na zawał i dziś mieszkam już tutaj sam. Ludzie często pytają mnie, czy czuję się bardziej Polakiem, czy Amerykaninem. Ja zawsze odpowiadam, że jestem obywatelem tego kraju, w którym aktualnie przebywam. Od 1949 roku byłem obywatelem pięciu państw: ZSRR, Anglii, USA, Korei i Polski. W każdym z tych krajów otrzymywałem obywatelstwo. W Polsce zostanę już prawdopodobnie aż do śmierci, wierząc, że jeszcze niejednej osobie będę mógł opowiedzieć swoją bogatą historię… – kończy pan Józef.

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl

*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *