Karolina Mochylska – Moje Kilimandżaro

Karolina Mochylska przez ostatnie cztery lata zmagała się z ogromnym bólem kręgosłupa. Pomimo żmudnej rehabilitacji nie było widać poprawy. Dopiero operacja, która odbyła się w lutym zeszłego roku, sprawiła, że tarnowianka znowu może żyć na pełnych obrotach. Chcąc udowodnić sobie i innym, że z jej zdrowiem jest już wszystko w porządku, postanowiła zdobyć szczyt Kilimandżaro. W trasę wyrusza na początku lutego, a wraz ze sobą zabierze zdjęcia tarnowian, z których stworzy herb naszego miasta, zostawiając go na szycie góry.

Karolina Mochylska (autor zdjęcia: Katarzyna Kokosza)

– Codziennie śnię o Kilimandżaro. Nie ma dnia, abym nie oglądnęła na ten temat jakiegoś filmu lub przeczytała w Internecie relacji – mówi 26-letnia Karolina Mochylska, która jeszcze rok temu… uczyła się chodzić na nowo. – Drobna kontuzja, a także uwarunkowania genetyczne sprawiły, że od kilku lat z moim kręgosłupem było coraz gorzej. Ból był straszny i utrudniał praktycznie każdą codzienną czynność. Dochodziło nawet do sytuacji, że idąc ulicą, kichnęłam, po czym osuwałam się na ziemię. Pomimo wielu godzin poświęconych rehabilitacji, nie przynosiły one rezultatu. Opcja pozostawała więc tylko jedna, poddanie się operacji.

Leczenia chorego kręgosłupa Karoliny podjął się profesor Andrzej Maciejczak, najlepszy fachowiec od kręgosłupów w naszym kraju. Operacja, która odbyła się 13 lutego ubiegłego roku trwała pięć godzin i zakończyła się sukcesem. Już następnego dnia tarnowianka rozpoczęła żmudną rehabilitację, dzięki której mogła w pełni stanąć na nogi. Praktycznie uczyłam się chodzić od nowa. Po szpitalnych korytarzach chodziłam z balkonikiem w dłoniach. Jednym z celów, który mobilizował mnie do ciągłego treningu była wizja zdobycia Kilimandżaro. Od dziecka uwielbiałam góry. Bardzo dużo czasu spędzałam chociażby w Beskidach. O Kilimandżaro pomyślałam praktycznie w tym samym dniu, kiedy wybudziłam się po operacji. Chcę w ten sposób udowodnić sobie i innym, że w ciągu roku nasze życie może zostać odwrócone o 180 stopni. Jednego dnia nie chodzimy, a drugiego możemy zdobyć jeden z najważniejszych szczytów świata.

Według prognoz lekarzy Karolina miała zacząć biegać dopiero we wrześniu, jednak dzięki ciężkiej pracy udało się to jej już trzy miesiące wcześniej. – To wtedy na poważnie przystąpiłam do „Projektu Kili”. Codziennie biegam po kilka kilometrów, chodzę na basen oraz jeżdżę na rowerze. Trening jest w tym wszystkim bardzo ważny, ponieważ na szczyt Kilimandżaro wybrałam najtrudniejszą trasę o pięknie brzmiącej nazwie „Whisky”. Jest to odcinek 100 km, z czego aż 62 km idzie się pod górę. Swoje wyzwanie rozpocznę od wysokości 1900 m.n.p.m, aby dotrzeć do celu znajdującego się blisko 4 tysiące metrów wyżej. Wspinaczka potrwa sześć dni, tak aby 14 lutego, czyli praktycznie w rocznicę udanej dla mnie operacji, stanąć na szczycie Kilimandżaro – mówi 26-latka, która jednocześnie dodaje, że cały czas ma sporo wątpliwości co do postawionego przed sobą wyzwania. – Oczywiście miewam kryzysy. Zastanawiam się czasami, po co mi to, ale dobrze wiem, że dla mnie to coś więcej niż zdobycie szczytu. Nienawidzę zimy, a właśnie w takich warunkach będę spędzała każdą noc w namiocie. Na trasie co prawda będzie towarzyszył mi opiekun podroży, ale sama staram się zaczerpnąć jak najwięcej informacji o Kilimandżaro od osób, które tam już były. W większości przypadków rozmawiam na ten temat z ludźmi poznanymi na portalach społecznościowych, ale zdarzyło mi się również podczas jednego z eventów odbyć trzygodzinne spotkanie z polską podróżniczką, Martyną Wojciechowską, która uczuliła mnie na pewne sprawy, związane z moją podróżą. Na pewno konieczne będzie zabranie ze sobą dużej liczby żeli energetycznych, śpiwora, ciepłych ubrań. Na trasę mogę zabrać maksymalnie 60- litrowy plecak, więc trzeba zapakować do niego tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Posiłki mają być przygotowane przez opiekunów i samych mieszkańców Tanzanii, jednak zawsze może coś pójść nie po naszej myśli, więc i na taką sytuację, jak brak jedzenia muszę być przygotowana. Najbardziej jednak obawiam się reakcji mojego organizmu na wysokość. Czuję, że jestem świetnie przygotowana fizycznie, jednak nie mogę być pewna tego, czy nie dopadnie mnie choroba wysokościowa. Szkoda byłoby zaprzepaścić cały rok przygotowań właśnie z tego względu…

Okazuje się, że Karolina chce na Kilimandżaro zabrać jak największą liczbę tarnowian. Jak chce to uczynić? Przygotowała specjalną akcję pt. „Projekt Kili”, w której mieszkańcy naszego miasta mogą wesprzeć jej wyprawę symboliczną opłatą, a w zamian za to stworzy ona specjalną mozaikę w kształcie herbu Tarnowa, która będzie zawierać zdjęcia wszystkich darczyńców, po czym zostanie ulokowana na szczycie góry. Osoby, które zdecydują się wesprzeć 26-latkę, mogą liczyć na drobne upominki w postaci: naklejek z wyprawy, certyfikatu mentalnego zdobywcy Kilimandżaro, czy pamiątkowego magnesu na lodówkę przywiezionego spod samej góry.

– Każdy, kto wesprze mnie w mojej wyprawie, może czuć się jak jej pełnoprawny członek. Zresztą Kilimandżaro możemy osiągać we wszystkim, co robimy. To taki symbol celu, osobistego topu. Jeśli coś wydaje się niemożliwe do osiągnięcia, to nie znaczy, że tak musi być. Każdy w swoim życiu ma własne Kilimandżaro i wcale nie musi być nim góra. Jeżeli uda mi się zrealizować swój cel, na pewno będę chciała opowiedzieć o przebiegu podróży mieszkańcom naszego miasta. Zorganizowane zostaną w tym celu specjalne spotkania, na których pokażę filmy i zdjęcia. Jestem typem takiego człowieka, że już w trakcie realizowania jednego projektu, myślę nad drugim. Po głowie chodzi mi zdobycie jakiegoś szczytu w Ameryce Południowej. Najpierw muszę jednak zdobyć Kilimandżaro. Moje Kilimandżaro…

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *