Każdy kiedyś kopnie w kalendarz…

Paweł Bober z Lusławic od ponad 13 lat kolekcjonuje kalendarze. W swoim bogatym zbiorze ma ponad 5 tys. kalendarzy listkowych z różnych zakątków świata. Wciąż jednak liczy na to, że upoluje prawdziwy unikat, jakim bez wątpienia byłby egzemplarz pochodzący z XIX w., który w perspektywie kolejnych lat mógłby stać się drogocennym skarbem dla jednej z dwóch córek.

pawel-bober-z-corka-i-kolekcja-kalendarzy

Paweł Bober z córką i kolekcją kalendarzy

Jak niemal w przypadku każdego kolekcjonera, tak i u mieszkańca Lusławic jego pasja zrodziła się przypadkiem. – Zaczęło się prawie 15 lat temu. Jeden z moich przyjaciół kolekcjonował karty telefoniczne, drugi posiadał niezliczoną ilość winyli, a kolejny starannie wpinał do segregatorów kolorowe karteczki. Pomyślałem, że może i sam zacząłbym coś zbierać. Akurat wówczas moja mama pracowała na poczcie i co jakiś czas przynosiła do domu kalendarzyki. Kilka sztuk podarowali mi również tata oraz babcia i w ten oto sposób moja kolekcja osiągnęła 20 sztuk – śmieje się Paweł i dodaje – Zacząłem biegać do aptek, czy banków. Kiedy pojawiałem się w jakiejś firmie, czy urzędzie zawsze oprócz załatwionej sprawy, załatwiałem dla siebie również jakiś kalendarz. Zresztą z banku PKO mam obecnie 100 różnych egzemplarzy z ostatnich kilkudziesięciu lat.

Z czasem jego kolekcja nabrała gigantycznych rozmiarów i dziś liczy sobie ponad 5 tys. kalendarzy, w głównej mierze listkowych, jednak nie brakuje w niej również kalendarzy książkowych, czy ściennych. – Większość z nich udało mi się zebrać samodzielnie. Część zdobyłem dzięki wymianie. Jestem w stałym kontakcie z pięcioma polskimi kolekcjonerami i co jakiś czas wymieniamy się swoimi zdobyczami. Poznałem również kolekcjonerów z zagranicy, jak chociażby jednego Portugalczyka, który również chętnie wymienia ze mną swoje egzemplarze. Przez 13 lat udało mi się zebrać kalendarze z wielu zakątków świata, jak chociażby z Niemiec, Rosji, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Czech, Chin, a nawet Indii. Kilka z nich jest naprawdę ciekawych, jak chociażby taki w formie harmonijki, który zawiera kilkanaście lat do przodu, czy taki, który jest wielkości zdjęcia paszportowego. Mam również kalendarz, który przed laty stanowił dodatek do jednego z polskich czasopism, a który służy również jako… ramka na zdjęcie bliskiej nam osoby.

Wszystkie swoje „skarby” gromadzi w specjalnych albumach, które również posiadają indywidualne etykiety. – Jest ich kilkadziesiąt, a każdy gromadzi w sobie egzemplarze z danej kategorii. Mam kalendarzyki związane bezpośrednio z budownictwem, motoryzacją, krajobrazami, kalendarze wyborcze i polityczne, czy kalendarze religijne. Uwielbiam kalendarzyki komunistyczne, pochodzące nie tylko z Polski, ale również ZSRR, czy Czechosłowacji. Gołym okiem odbija się na nich historia, co widać po kolorze papieru, zawartych na nim kształtach, obrazach, czy literach. W swoich zbiorach posiadam również bardziej nowoczesne egzemplarze służące jako magnes na lodówkę, będące naklejką, czy zakładką do książki.

Paweł Bober nie ukrywa, że niejednokrotnie zarywał noce, aby wylicytować w Internecie po okazjonalnej cenie jakiś unikatowy egzemplarz. – Pewnego razu, za zaledwie 25 zł udało mi się kupić kalendarz kieszonkowy z 1945 roku, czyli z okresu zakończenia II wojny światowej. Licytację wygrałem o godz. 2 w nocy, ale było warto! Innym razem za 80 zł kupiłem 200 różnych kalendarzyków od człowieka, który likwidował swoją kolekcję. Są jednak i takie egzemplarze, które przekraczają mój „kolekcjonerski budżet”. Nie dawno miałem możliwość nabycia kalendarza z 1908 roku. Był to kalendarz PBS-u wydawany w warunkach podziemnych. Cena 500 zł jednak mnie odstraszyła. Sam również posiadam w swojej kolekcji prawdziwe unikaty, jak chociażby kalendarzyki z Krakowa z zalaminowanym 1 groszem na szczęście, czy moje ulubione z początku lat 80′ wydawane w warunkach podziemnych przez Solidarność, gdzie na jednym figuruje logo związku, a na drugim „Nobel dla Wałęsy”. Zdarza się, że kiedy wraz z moim ojcem przeprowadzamy rozbiórki starych domów, uda się trafić na prawdziwy skarb. Tak było w przypadku kalendarza z 1938 roku, za który właścicielce nieruchomości zapłaciłem 50 zł.

Do dziś kolekcjoner z Lusławic nie może przeboleć licytacji, której z niewyjaśnionych dotąd przyczyn nie udało się zakończyć sukcesem. – W obiegu znalazł się kalendarzyk z Olimpiady w 1936 roku w Berlinie. Na jednym ze zdjęć figurował Hitler i swastyka, na drugim polski lekkoatleta Janusz Kusociński. Zaproponowałem za niego grubo ponad 100 zł, jednak transakcja nie doszła ostatecznie do skutku. Nie wiem, czy osoba, która wystawiła go na sprzedaż skłamała, że jest w jego posiadaniu, czy też wycofała się ze sprzedaży. Przynajmniej zwrócono mi wyłożoną wcześniej kwotę…

Paweł patrzy na swoją kolekcję, jako na inwestycję na przyszłość. – Wychodzę z założenia, że im starsza kolekcja, tym bardziej cenna. Mam dwie malutkie córki i chciałbym, aby kiedyś odziedziczyły po mnie tę pasję. Kiedy będą starsze, to wydawane obecnie kalendarzyki będą miały kilkukrotnie wyższą cenę, a co dopiero te z początku XX w. Niektórzy dziwnie patrzą na moje hobby. Uważają, że mógłbym zbierać milion innych ciekawszych rzeczy. Uważam jednak, że kalendarze wpisane są niejako w nasze życie. Przecież każdy z nas kiedyś w niego kopnie – kończy z uśmiechem.

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *