Marek Koniarek – „Babajaga” z Katowic

Urodził się 29 maja 1962 roku. Swoją piłkarską karierę rozpoczynał w Instalu Katowice. Grał m.in. w takich zespołach jak: Widzew Łódź, GKS Katowice, Wisła Kraków, Szombierki Bytom, czy też Zagłębie Sosnowiec. Marek Koniarek był jednym z najlepszych napastników, którzy biegali po ligowych boiskach. A, że pochodzi ze Śląska, tak jak ja, musiałem z nim porozmawiać.

Koniarek dwa razy zagrał w reprezentacji Polski, strzelając przy tym jedną bramkę. W sezonie 95/96 strzelił w lidze 29 bramek. Od tamtej pory jest to magiczna liczba, której nikomu nie udało się pokonać. Prawdziwą piłkarską karierę rozpoczynał w Szombierkach Bytom, ale dopiero w GKS-ie Katowice zaczął pokazywać się na ligowych boiskach. – Jako młody chłopak dostałem się do Szombierek Bytom, jednego z najlepszych klubów w Polsce w ówczesnym czasie. Trenerem był Hubert Kostka, ale przez rok nie grałem w piłkę, ponieważ bardzo ciężko było wywalczyć miejsce w wyjściowej „11”. Pierwszy rok gry w Bytomiu był bardzo trudny, ale po czasie udało się przekonać do siebie trenera i wywalczyć miejsce w zespole Szombierek Bytom. Po dwóch latach gry w Szombierkach, pojawiła się oferta z GKS-u, z której skorzystałem. Wtedy „Gieksa” miała bardzo silny atak. W Katowicach grali m.in. Jan Furtok, czy też Marek Biegun. Udało mi się wejść bardzo dobrze do zespołu i już na samym początku stworzyliśmy z Furtokiem dosyć niebezpieczny duet napastników – wspomina Koniarek.

Szybko wyjechał jednak do niemieckiego Rot-Weiss Essen, w którym spędził trzy lata. W tym okresie zagrał w 38 spotkaniach, zdobywając 4 bramki. Wrócił z nieco podkulonym ogonem do Polski. Jesień spędził jeszcze w Zagłębiu Sosnowiec, ale wiosną trafił do Widzewa. Warto zauważyć, że przez znaczną część kibiców, jeszcze bardziej niż ze Śląskiem, Koniarek kojarzony jest właśnie z Łodzią, a dokładniej z tamtejszym Widzewem, w którym występował w latach 92-94 i 95-96. Rozegrał w nim ponad 100 spotkań strzelając 65 bramek. Podczas swojej drugiej przygody z łódzkim zespołem, wywalczył mistrzostwo Polski i został królem strzelców.

– Do Widzewa trafiałem dwa razy. Najpierw w roku 1992, a drugi raz w roku 1995 (w międzyczasie Koniarek występował na boiskach austriackich w Wiener S.C. i VSE Sankt Pölten). Mój pierwszy kontakt z Widzewem wspominam bardzo dobrze. W Łodzi grali wtedy znakomici piłkarze. Trenerem był Władysław Żmuda, który doskonale pamiętał mnie jeszcze z występów w GKS-ie Katowice. Rozegrałem wtedy wiele spotkań w barwach klubu z Łodzi. Ten okres kariery uważam za bardzo udany. Kiedy w 1995 roku po raz drugi wiązałem się z Widzewem, trenerem był Franciszek Smuda. Mimo, iż kadra zespołu nie była słaba, to jednak pieniędzy nie było zbyt dużo, ale chcieliśmy coś osiągnąć. Zdobyliśmy wtedy mistrzostwo Polski. Grałem z takimi piłkarzami jak Marek Citko, Rafał Siadaczka, czy też Ryszard Czerwiec. Dysponowaliśmy wtedy naprawdę mocnym zespołem. To był taki okres, że gdy wychodziłem na boisko to wiedziałem, że strzelę bramkę, tylko zastanawiałem się w której minucie. Zawsze, gdy otrzymywałem piłkę w polu karnym, to moją pierwszą myślą było: „jak oddać strzał w światło bramki” – kontynuuje Koniarek.

„Kolejna bramka po strzale Marka Koniarka” i „Koniarek” na melodię „Volare” – te pieśni na Widzewie znał kiedyś każdy. Koniarek strzelał wtedy gola za golem – Wystarczy go posadzić w polu karnym na fotelu, to i tak będzie bramka – żartował w ówczesnym czasie kierownik drużyny Tadeusz Gapiński. Koniarek w sezonie 95/96 strzelił dla Widzewa 29 bramek w lidze. Od tamtego czasu, nikt nie jest w stanie nawet zbliżyć się do tego wyczynu. – Graliśmy w tamtym okresie bardzo dobrze, więc bramki były tylko potwierdzeniem naszej świetnej gry. Obecnie ciężko znaleźć w Polsce takiego napastnika, który ma „ciąg” do strzelania bramek. Swego czasu Tomasz Frankowski był takim typem zawodnika. Dlaczego zawodnicy nie potrafią zbliżyć się do tej bariery 29 bramek? Naprawdę ciężko powiedzieć. Napastnik musi być „chytry” na bramki, musi szukać dogodnych sytuacji do ich strzelenia. To podstawa sukcesu – twierdzi „Babajaga”. Skąd taki pseudonim? Odpowiedź jest banalnie prosta – Koniarek wyczarowywał bramki jak z kapelusza.

Marek Koniarek był jednym z zawodników Widzewa, którzy przeżyli upokarzającą porażkę w I rundzie Pucharu UEFA z niemieckim Eintrachtem Frankfurt. W pierwszym spotkaniu padł remis 2:2 i chyba nikt nie przypuszczał, że w rewanżu podopieczni Władysława Żmudy zostaną wręcz zmieceni z boiska i poniosą druzgocącą porażkę… 0:9. Katami Polaków byli tamtego wieczoru Ghańczyk Anthony Yeboah, który zdobył cztery bramki, Axel Kruse, strzelec trzech goli.

Przed spotkaniem we Frankfurcie, trener Żmuda przeprowadził długą odprawę przedmeczową i o każdym zawodniku Eintrachtu wiedzieliśmy praktycznie wszystko. Jeszcze podczas rozgrzewki trener powtarzał nam: „Popatrzcie jak oni się rozgrzewają. Tylko piłki podbijają…”. W trakcie spotkania okazało się, że nie tylko piłki potrafią podbijać… Najśmieszniejsze było jednak, to że w szatni, kiedy przegrywaliśmy do przerwy 0:6, Andrzej Grajewski przekonywał nas: – Panowie, jeszcze nic straconego, musicie na nich „usiąść”. Z perspektywy czasu wydaje się to śmieszne, ale wtedy naprawdę nie było nam do śmiechu. Pamiętam też, że Tomasz Łapiński mówił mi: „Marek, idź tam do nich. Ty potrafisz mówić po niemiecku, więc może ich przekonasz, żeby tyle bramek nie strzelali”. Na dodatek kolejnym naszym przeciwnikiem była Legia Warszawa, z która czekał nas mecz ligowy. Udało się nam jednak podnieść po tym blamażu i pokonać „Wojskowych” – mówi Koniarek.

Po sezonie 95/96, Koniarek opuścił Widzew na rzecz austriackiego Vorwaerts Steyr, z którym walczył o awans do austriackiej ekstraklasy. Ostatecznie ta sztuka mu się nie udała, po przegranych barażach z Admirą Wacker. Najciekawsze jest jednak to, że Koniarek, mimo iż nie zdobył ani jednej bramki, był kluczową postacią w austriackim zespole. – Nie układało mi się z trenerem Widzewa Łódź Franciszkiem Smudą. Po latach to wszystko sobie wytłumaczyliśmy, więc nie chcę dokładnie mówić o co chodziło. Wtedy jednak nie potrafiliśmy się porozumieć. Miałem już swoje lata i podpisałem kontrakt z klubem z Austrii. Po latach żałowałem swojej decyzji, bo w Vorwaerts Steyr do końca mi się nie powiodło, a w Łodzi zasmakowali Ligi Mistrzów. Niestety nie wszystkie decyzje podejmuje się w życiu słuszne… – żałuje dziś Koniarek.

Na pytanie, jakie złe decyzje ma na myśli, szybko odpowiada – Ciężko powiedzieć. Być może kilka transferów z moim udziałem można było rozegrać lepiej, bo np. kiedy grałem w GKS-ie Katowice, miałem bardzo interesującą propozycję z Górnika Zabrze, w późniejszym czasie zainteresowana moją osobą była także warszawska Legia. Grając w Widzewie Łódź miałem także propozycję z ligi francuskiej, ale wtedy nikt w Widzewie nie chciał nawet słyszeć o tym, żebym miał opuszczać Łódź. Trudno więc powiedzieć, czy zmieniłbym coś w swojej karierze. Można przecież zanalizować moją karierę w drugą stronę i dojść do wniosku, że gdyby moja przygoda z futbolem potoczyła się inaczej to dziś nie miałbym na koncie ponad 100 bramek w polskiej lidze, a przecież to także duże osiągniecie – kończy popularny ówcześnie „Babajaga”, który dziś jest dyrektorem sportowym Rozwoju Katowice.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *