Marek Surmacz z Tuchowa na co dzień jest nauczycielem plastyki w Zespole Szkolno-Przedszkolnym w Zalasowej, gdzie wzbudza pasję twórczą wśród młodych ludzi. Po szkolnych zajęciach w całości oddaje się malarstwu, gdzie w domowym zaciszu tworzy na płótnie niesamowite pejzaże, czy filozoficzne abstrakcje. Realizuje również indywidualne zamówienia i projekty wykonując chociażby wiele kopii Cudownego Obrazu Matki Bożej Tuchowskiej.

marek-surmacz
Marek Surmacz w swojej prywatnej pracowni

Miał być muzykiem
46 – letni artysta początkowo nie wiązał swojej przyszłości z malarstwem. Udając się do liceum miał do wyboru muzykę lub plastykę. Postawił na pierwszą z tych dziedzin, ale ostatecznie z braku wolnych miejsc był zmuszony uczęszczać na zajęcia plastyczne. Do dziś pamięta pierwszy obraz, jaki namalował. Był nim pejzaż przedstawiający krajobraz gminy Tuchów. Obraz wywarł niesamowite wrażenie na szkolnych kolegach i nauczycielach. Niektórzy twierdzili, że już wówczas powinien otrzymać miejsce na jednej z uczelni plastycznych. – Swoją przygodę ze sztuką rozpocząłem, jako szesnastoletni, młody człowiek pod okiem nauczyciela plastyki Stanisława Remiana. Praca pod kierunkiem doświadczonego artysty zaowocowała pierwszą wystawą indywidualną w rodzinnym mieście i uznaniem lokalnej społeczności – mówi Surmacz i dodaje – Swój warsztat artystyczny kształtowałem również na międzynarodowych plenerach malarskich organizowanych pod patronatem UNESCO. Pojawiali się tam najlepsi młodzi adepci malarstwa, więc było to dla mnie naprawdę sporym wyróżnieniem. Swoją przyszłość wiązał za sztuką. W tym kierunku ukończył studium wychowania plastycznego w Tarnowie, a następnie studia wyższe na wydziale pedadogiczno-artystycznym Uniwersytetu Śląskiego w pracowni grafiki pod kierunkiem prof. Eugeniusza Delekty. – Frajdę zaczęło sprawiać mi malowanie pejzaży, martwej natury, portretów, ale przede wszystkim ikon, przy których należy spędzić bardzo dużo czasu i włożyć wiele wysiłku, aby efekt końcowy spełniał to, co sobie wcześniej zaplanowałem. Wykonałem wiele kopii Cudownego Obrazu Matki Bożej Tuchowskiej. W większości trafiały one do prywatnych rąk tutejszych mieszkańców, dla których tuchowskie sanktuarium odgrywa znaczącą rolę w życiu i z którym bardzo się utożsamiają.

Obrazy schodzą, jak ciepłe bułeczki
W swoim życiu malował obrazy, których wielkość nie przekraczała 10 cm na 10 cm, ale i takie, których rozmiary sięgały 9 m na 5 m. M.in. z tego względu postanowił wybudować pracownię plastyczną, która mieści się niedaleko jego domu, a w której znajdują się wszystkie dzieła, których do tej pory nie udało mu się sprzedać. A trzeba przyznać, że jest ich… niewiele. – Po jednej z wystaw, na której zjawiłem się z blisko setką moich obrazów, po pewnym czasie nie miałem ani jednego. Wszystkie zostały sprzedane! Nie chciałbym w tym momencie się chwalić, bo nie jestem tego typu człowiekiem, ale uważam, że klasę artysty można poznać nie po tym na ilu wystawach pojawiał się ze swoimi dziełami, ale ile z tych dzieł udało mu się sprzedać. Na moje obrazy jest popyt, z czego niesamowicie się cieszę, a zarazem jestem wdzięczny ludziom, że potrafią docenić moją pracę – mówi malarz z Tuchowa.

Ludzi zafascynowanych jego dziełami nie brakuje. Ma klientów, którzy przychodzą go odwiedzić w pracowni, a i tak zawsze opuszczają jego warsztat z kolejnym zakupionym obrazem. Niektórzy posuwali się jeszcze dalej – Jeden ze znajomych poprosił mnie, abym namalował mu kilka obrazów. Zgodziłem się i otrzymał ode mnie kilkanaście dzieł. Po latach przyznał mi się, że rozdawał je później wśród swoich znajomych, zamalowując mój podpis, a samemu się na nich podpisując. Wybaczyłem mu i nadal się przyjaźnimy – mówi z uśmiechem.

Uważa się za artystę, nie za rzemieślnika. Mógłby codziennie robić po 20 kolorowych obrazków, a następnie je sprzedawać, ale jak sam mówi, nie byłby to przejaw prawdziwego malarstwa. – Jeżeli kiedyś będę głodny i biedny, to być może będę zmuszony do tego, aby tak postępować. Ale nie dziś. W głębi duszy czuję się artystą i to co przelewam na płótno jest wyrażeniem tego, co w danej chwili znajduje się w moim sercu i duszy. Czasami jest tak, że człowiek może przebywać w pracowni dniami i nocami, a innym razem nie pokazuje się w niej przez pół roku, ponieważ zmęczony jest już tym co robi. Dlatego tak ważne jest mieć alternatywę, jaką w moim przypadku jest praca w szkole. Ci, którzy jej nie mają, często popadają w depresję i alkoholizm. Artysta musi mieć zapewnione środki do życia, aby sztuka, dla której się poświęca była dodatkiem i aby dała mu poczucie wolności. Wtedy potrafi pokazać pełnię swoich możliwości.

Uczy się od dzieci
Mimo, iż na co dzień jest nauczycielem i to on naucza w szkole, to również sam czerpie naukę od najmłodszych. – Nauczyciele plastyki niejednokrotnie popełniają zasadniczy błąd w nauczaniu. Swoim uczniom nakazują, w jaki sposób powinni wykonać dane dzieło. Uczniów należy nauczać przede wszystkim twórczego myślenia oraz korzystania ze swoich pomysłów. Obecna młodzież jest naprawdę bardzo pracowita, skłonna do poświęceń i osiągania wielkich rzeczy. Dzięki temu sam również uczę się od swoich uczniów. Potrafią podsuwać nieznane dotąd rozwiązania, łamiąc pewne kanony. Żyjąc w tym środowisku jest się jednocześnie nauczycielem i uczniem.

Zdarza się, że w swojej pracowni uczy warsztatu na lekcjach prywatnych. Wystarczy do tego chęć rodzica i dziecka. Do malarstwa nie zachęca za to trójki swoich synów. – Mają duży talent. Nie chcę jednak, aby poszli w moje ślady. Mi się udało, jednak większość artystów przepada. To bardzo ciężki zawód. Jeżeli będą chcieli się w nim spełniać, to nie mam nic przeciwko, ale tylko pod warunkiem, że będzie to dla nich pasja i dodatkowy zarobek w życiu – mówi po czym bierze do ręki pędzel i kontynuuje dzieło, które przerwał tuż przed naszą rozmową, a jest nim kolejny obraz Matki Bożej Tuchowskiej. – Na pewno trafi w dobre ręce – kończy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *