– Swego czasu czytałem biografię Darka Dziekanowskiego, gdzie napisane było, że ludzie oskarżali go, że podczas pobytu w Celticu podobno lubił sobie wypić, ale to tylko plotki. Po przeczytaniu tego zdania odłożyłem książkę na półkę i więcej do niej nie wracałem. Jeśli zapytasz kogokolwiek w Glasgow o Dziekana, pokaże ci bary, w których spędzał czas i stoły, pod którymi kończył wieczory. Albo piszemy prawdę, albo wcale nie zabierajmy się za pisanie takiego typu książek – mówi Marek Wawrzynowski, dziennikarz „Przeglądu Sportowego” i autor książki „Wielki Widzew”.

wawrzyn
Marek Wawrzynowski, autor książki „Wielki Widzew”

Ilu masz dziś przyjaciół, a ilu wrogów?
Nic w tej kwestii nie zmieniło. Słyszałem, że kilka osób jest dziś na mnie obrażonych, że ktoś dzwoni do mnie z jakimiś pretensjami, ale to nieprawda.

Czyli informacja o tym, że Zbigniew Boniek, to wróg numer jeden jest wyssana z palca?
Oczywiście, że tak. Wiadomo, że w książce pojawiło się kilka wątków, o których Boniek chciałby zapomnieć. Choćby oskarżenie kolegów o to, że sprzedał mecz z Pogonią Szczecin. W książce jest zresztą sporo sytuacji z udziałem Bońka, które nie powinny być udziałem faceta, który dziś jest prezesem PZPN. Ale nie miałem z jego strony żadnych negatywnych sygnałów. Zresztą, dlaczego ktoś miałby obrażać się za prawdę? (śmiech)

A Józef Młynarczyk? Ukazujesz go jako osobę niestroniącą od alkoholu.
Stary Widzew to była grupa składająca się z silnych charakterów, ale też takich, którzy się lubili. To byli ludzie z silnymi charakterami, którzy lubili dobrze się zabawić. A Młynarczyk tu zdecydowanie się wyróżniał. Miał poważne problemy z alkoholem. Potrafił przez tydzień nie przyjść na trening. Gdybym tego nie napisał, nie oddałbym Wielkiego Widzewa. Swego czasu czytałem biografię Darka Dziekanowskiego, gdzie napisane było, że ludzie oskarżali go, że podczas pobytu w Celticu podobno lubił sobie wypić, ale to tylko plotki. Po przeczytaniu tego zdania odłożyłem książkę na półkę i więcej do niej nie wracałem. Jeśli zapytasz kogokolwiek w Glasgow o Dziekana, pokaże ci bary, w których spędzał czas i stoły, pod którymi kończył wieczory. Albo piszemy prawdę, albo wcale nie zabierajmy się za pisanie takiego typu książek.

To może masz jakąś ulubioną postać w swojej książce?
Dobre pytanie. Bardzo ciekawą osobą jest trener Widzewa Łódź – Jacek Machciński, momentami bardzo nerwowy i wulgarny facet, który jednak ma fajną wizję futoblu. Oczywiście Boniek, a więc postać nieprzeciętna, której w żaden sposób nie da się sklasyfikować i która postępuje bardzo intuicyjnie, kieruje się impulsem. Również prezes Widzewa Łódź – Ludwik Sobolewski jest osobą, obok której nie można przejść obojętnie. Jest postacią pozytywną, ale ma swoje ciemne strony. Jego współpracownicy porównują go do szefa mafii. Tak jak w Ojcu Chrzestnym – mimo, że Don Corleone zarządza brudnym interesem – stajemy po jego stronie i przyznajemy rację wyznawanym przez niego zasadom.

Rozmawiałeś o tych ludziach z kilkoma ikonami światowej piłki jak chociażby Ian Rush, Antonin Panenka, czy Marco Tardelli. Jak oni wspominali ten „Wielki Widzew”?
Bardzo pozytywnie. Nie wiem też ile w tym wszystkim było dyplomacji, ale w zasadzie wszyscy podkreślali, że nie była to typowo wschodnioeuropejska drużyna grająca po chamsku, jak zespoły z Bułgarii czy byłego ZSRR. To była drużyna twardzieli, a nie zespół, którego piłkarze szarpali przeciwników za włosy, szczypali ich, czy gryźli. Do tego Widzew grał przyjemny dla oka futbol, agresywny, szybki i atrakcyjny.

Uważasz, że ta książka przeznaczona jest zarówno dla starszego, jak i młodszego pokolenia?
Wiesz, to tak jakbyś zapytał się mnie dla kogo przeznaczona jest książka o Powstaniu Warszawskim. To jest po prostu historia. Starałem się ją otworzyć w dosyć atrakcyjny sposób. Dla starszych czytelników jest to sentymentalna podróż w czasie. Dla młodszych czytelników będzie to dawka historii, którą każdy szanujący się kibic powinien znać. Tak jak powinien mieć przynajmniej podstawową wiedzę o Górniku z lat 60. Czy drużynach Górskiego, Piechniczka czy olimpijskiej Wójcika.

Książka jest pełna anegdot. Która utkwiła ci najlepiej w pamięci?
Gdybym miał zachęcić, to historia Surlita i Stefana Szczepłka. Kilka dni po meczu z Juventusem (2:2 w 1983 roku) koledzy przynieśli Surlitowi „Piłkę Nożną”, w której autor napisał, że paradoksalnie jednym z najsłabszych na boisku był strzelec dwóch bramek. Surlit wyrwał kartkę, złożył w kostkę i schował do portfela mówiąc: „On to wpierdoli”. Tadeusz Świątek wspomina, że 10 lat później spotkał Surlita, zaczęli rozmawiać i zapytał: „A co z tym dziennikarzem?”. Na co Surlit wyjął karteczkę z portfela i powiedział: „Jeszcze go nie spotkałem, ale jak go spotkam, to to wpierdoli”. To na zachętę, anegdot jest sporo, reszta w książce.

Dlaczego temu „Wielkiemu Widzewowi” nie udało się przetrwać do dzisiaj?
Wiele było takich klubów, które padały razem z odejściem głównego architekta. Tak było choćby z Manchesterem Matta Busby’ego, który potrzebował niemal 20 lat by wrócić na szczyt świata. A co z Nottingham Forest Briana Clougha, z Anderlechtem z lat 70. I 80. Z Liverpoolem Shankly’ego i Paisley’a. Można wymieniać takich klubów pełno. Gdy klub dochodzi na szczyt robi się coraz większa konkurencja o stanowiska. Działaczy z wielką wizją zastępują różni przypadkowi karierowicze. Tak było z Widzewem. Zresztą potem klub na chwilę się odrodził, ale to już temat na inną książkę…

W polskiej piłce brakuje dziś takich ludzi jak Ludwik Sobolewski.
Również tak uważam. Oczywiście zaraz ktoś może powiedzieć, że tam była korupcja, że oni ustawiali te mecze, bo rzeczywiście tak było, natomiast nie podlega dyskusji to, że Ludwik Sobolewski potrafił jak nikt inny zarządzać klubem, dobierać sobie świetnych ludzi do współpracy i żyć futbolem. Nie ma dziś nawet jednego prezesa, który dorastałby mu do pięt.

Książkę pisałeś trzy lata. Długo?
Wydaje mi się, że to taki normalny okres. Autobiografie powstają krócej. Czasami wystarczy pół roku, aby skleić coś dobrego. Ja musiałem dotrzeć do naprawdę wielu osób, a musisz pamiętać także o tym, że nie wszyscy za bardzo chcą o tym wszystkim rozmawiać. Nie jest więc to takie proste. A potem jeszcze trzeba wszystko zweryfikować, posiedzieć nad starymi gazetami. W autobiografii wszystko jest proste – bohater przedstawia swój punkt widzenia. A co jeśli masz pięć punktów widzenia i to takich, które nawet nie są blisko siebie?

W celu zbierania tych wszystkich informacji byłeś podobno w czterech krajach przemierzając je 28 pociągami…
To było podczas jednego wyjazdu, czterodniowego do Niemiec, Francji i Holandii. W ogóle tych pociągów było trochę więcej. Pewnie ze 100 razy byłem w samej Łodzi.

Reasumując… Chyba było warto?
Jasne, że było warto. Tym bardziej, że odbiór jest nieprawdopodobnie pozytywny. Czasem czytam recenzje książki i aż robię się czerwony, bo jestem dość nieśmiały. Ale faktem jest, że na naszym rynku, gdzie dominują autobiografie czy wywiady rzeki jest bardzo oryginalna.

Masz już w głowie kolejne książki?
Oczywiście. Dziennikarz sportowy powinien napisać 3,4 książki w swoim życiu. Rynek jest coraz lepszy, kibice zaczynają interesować się historią futbolu. Oprócz Widzewa, można napisać o Górniku, można napisać o Legii, widzę też sporo kandydatów na biografie, autobiografie. Tematów jest pełno, tylko trzeba chwilę się zastanowić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *