Waldemar Bajorek z Rzepiennika Strzyżewskiego od najmłodszych lat interesował się motoryzacją. Nic więc dziwnego, że pewnego dnia postanowił otworzyć w swojej rodzinnej miejscowości warsztat motocyklowy. Co ciekawe na miejsce prowadzonej przez siebie działalności wybrał budynek, który do niedawna służył jako… kurnik. Dziś z usług „Motoszopy” korzysta wielu miłośników dwóch kółek, dla których jej właściciel jest niejednokrotnie ostatnią deską ratunku.

motoszopa
Waldemar Bajorek

Mieszkaniec Rzepiennika Strzyżewskiego przez wiele lat pracował, jako kierowca samochodów ciężarowych. Kilkanaście godzin w trasie, nieprzespane noce, wiele dni poza domem sprawiły, że postanowił zrezygnować z dotychczasowego sposobu na zarabianie pieniędzy. – Nadszedł moment, w którym uświadomiłem sobie, że kierownica mnie już męczy. Ciągłe podróże, bycie z dala od rodziny, a także niejednokrotnie bardzo nerwowe sytuacje na drodze sprawiły, że postanowiłem zmienić coś w swoim życiu.

Z racji, iż pan Waldemar ukończył szkołę o kierunku: mechanik pojazdów samochodowych oraz swojego wielkiego zamiłowania do motocykli postanowił otworzyć prywatną działalność skupiając się na naprawie i obsłudze pojazdów na dwóch kółkach. – Na początku zastanawiałem się, gdzie mógłbym otworzyć swój warsztat. Okazało się, że mój dziadek dysponował sporym budynkiem gospodarczym, w którym jeszcze do niedawna roiło się od kur, królików, czy narzędzi rolniczych. Pomyślałem, że warto byłoby wykorzystać ten obiekt dla swojej działalności i niejako z miejsca wzbudzić zainteresowanie wśród potencjalnych klientów. Przecież niecodziennie zdarza się, aby naprawy motocykli dokonywać w szopie. W ten oto sposób powstała „Motoszopa”, a wraz z nią pierwsze docinki w stylu, że może warto byłoby stworzyć z niej „Sex Shop’ę”, bo i kasa byłaby z tego większa – śmieje się mieszkaniec Rzepiennika Strzyżewskiego, który od razu dodaje, że przystosowanie obiektu do prowadzenia warsztatu z prawdziwego zdarzenia kosztowało go wiele czasu i pieniędzy. – Wewnątrz znajdowało się mnóstwo siana oraz sąsieki. Również konstrukcja obiektu nie była zbyt dobra. Podczas sprzątania natrafiałem nawet na resztki zwierząt, które wcześniej wpadały w ręce lisów, czy kun. Zabrałem się za odnowienie całego pomieszczenia. Nie obyło się również bez wylania betonu. Prace przebiegały jednak w taki sposób, aby zachować, jak najwięcej szczegółów z pierwotnego wyglądu szopy.

Obecnie pan Waldemar nie może narzekać na brak klientów. W swoim warsztacie oprócz naprawy motocykli zajmuje się również wulkanizacją ogumienia pojazdów na dwóch kółkach. – Pracy, szczególnie w okresie od wiosny do jesieni mam bardzo dużo. Potrafię spędzać w warsztacie całe dnie. Zdarza się, że ktoś przyjedzie do mnie z remontem silnika, więc takie sprawy zajmują nawet kilka tygodni. Wymiany płynów, olejów, hamulców, regulacja naciągu łańcucha, wulkanizacja, wyważanie i zmianę kół robię od ręki. Nie ukrywam, że czerpię z tego wszystkiego olbrzymią radość i satysfakcję. Niejednokrotnie zdarza się, że jestem również świadkiem niecodziennych sytuacji, jak chociażby w przypadku klienta, który oddawał w moje ręce motor marki Simson będąc pewnym, że pochodzi on z 1989 roku. Po przeanalizowaniu wszystkich dokumentów udało mi się ustalić, że motocykl został wyprodukowany w… 1968 roku! Po tym odkryciu właściciel pojazdu od razu został zasypany ofertami związanymi ze sprzedażą pojazdu – śmieje właściciel „Motoszopy”, który nie ukrywa, że jego wielkim marzeniem jest nie tyle naprawa motocykli, co ich konstruowanie od podstaw! – Stworzyłem już trzy tego typu pojazdy, wśród których najbardziej jestem dumny z modelu Harley-Davidson FXL DYNA. Zmieniłem m.in. całe jego zawieszenie. Sama baza kosztowała w granicach 14 tys. zł a całość inwestycji zamknęło się w kwocie ponad 20 tys. zł. Chciałbym w swojej „Motoszopie” budować motocykle od podstaw. Już teraz jest taka opcja i jeżeli ktoś chciałby zamówić u mnie taki pojazd, jestem gotowy go zrobić. Niestety rynek w Polsce jest ciężki i ludzie wolą kupić motor za 8 tys. zł tylko dlatego, że się błyszczy a i tak za chwilę muszą w niego zainwestować drugie tyle, aby nadawał się do jazdy. Budowanie pojazdów od podstaw ma tą zaletę, że sami decydujemy o tym co chcemy, aby w nim się znalazło. Mam nadzieję, że już niedługo będzie to główne zajęcie, które wypełni mój dzień w warsztacie.

W przyszłości mieszkaniec Rzepiennika Strzyżewskiego chciałby również zorganizować imprezę dla dzieci z motocyklami w tle. W ten sposób chciałby udowodnić ludziom, że motocykliści w przeciwieństwie do wielu krążących opinii wcale nie są niebezpiecznymi i niekulturalnymi uczestnikami ruchu drogowego. – Wielu kierowców uważa motocyklistów za zło konieczne na polskich drogach. Jeżeli widzą kogoś na Harley’u w skórze, z tatuażami i dużym zarostem, to od razu uważają go za złego człowieka. A fakty są zupełnie inne. Przeważnie są to są ludzie majętni, lekarze, prawnicy oraz osoby, które prowadzą swoje firmy. Motocykl nie jest rzeczą konieczną a luksusem i nie każdy może sobie na niego pozwolić. Warto o tym pamiętać, kiedy siedząc w samochodzie będziemy używać klaksonu na osobę poruszającą się na dwóch kółkach…

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *