Po pensję do bukmachera

Termalica wygra w niedzielę dwiema bramkami, a Unia Tarnów rozjeździ na swoim stadionie najbliższych rywali? To tylko niektóre z pytań, na jakie starają się sobie odpowiedzieć osoby odwiedzające punkty z zakładami bukmacherskimi. Obstawianie wyników spotkań stało się tak powszechne, że nikogo nie dziwi już widok osoby na mieście z kuponem w dłoni. Niektóre z nich uważają nawet, że utrzymują się z „typowania”, co sprawia, że wciągają w to kolejnych graczy.

6_grzegorza_z_sanoka_street_in_sanok_2015_totolotek

By Lowdown via Wikimedia Commons

Aby wygrać, trzeba grać
Najnowsze badania pokazują, że aż 6 mln Polaków korzysta z nielegalnych zakładów bukmacherskich w Internecie. Tych, którzy przynajmniej raz obstawili wynik meczu legalnie i w osiedlowych salonach jest znacznie więcej. Dlaczego, aż tak wielu z nas decyduje się obstawić pieniądze na zwycięstwo jednej, konkretnej drużyny? – Bo ta zabawa wciąga! – nie ma wątpliwości Andrzej Mizera, który od przeszło 15 lat obstawia wyniki meczów w Internecie i salonach. – Uważam, że osoba, która przynajmniej raz zdecyduje się postawić pieniądze na zwycięstwo danej drużyny, a do tego uda się jej poprawnie wytypować rozstrzygnięcie, na pewno na jednym razie nie poprzestanie. Kiedy ja zaczynałem swoją przygodę z bukmacherką, obstawianie spotkań nie było jeszcze tak popularne. Co więcej, Internet wówczas raczkował, więc o zakładach on-line nie było w ogóle mowy. Teraz bez wychodzenia z domu, jednym kliknięciem myszki, jesteśmy w stanie obstawić wynik meczu z tak egzotycznych lig, jak: indyjska, filipińska, czy zambijska.

Okazuje się, że jako naród wydajemy rocznie ponad 5 mld zł na zakłady bukmacherskie. Dla jednych jest to zabawa, dla drugich forma dorobienia do miesięcznej pensji, inni zaś uważają to za główne źródło dochodu. Osób, które mogą się z tego utrzymywać, nie jest jednak zbyt wiele. Statystyki są jasne – w dłuższej perspektywie czasu, aż 95 proc. grających traci, a nie zarabia pieniądze u bukmachera. Przypadek gracza z Płocka, który w 2008 roku złożył 37 podobnych zakładów na łączną kwotę blisko 18 tys. zł wygrywając przy tym ponad 330 tys. jest jednym z nielicznych wyjątków. – Dla mnie zawsze to było hobby. Nie wydaję na obstawianie wyników spotkań więcej niż 300 zł miesięcznie. Nawet w przypadku wysokiej wygranej, pieniądze wpłacam na konto i gram za kwotę, którą zaplanowałem sobie z początkiem miesiąca – mówi pan Andrzej i dodaje – Mówi się, że aby coś wygrać, trzeba grać. Znam jednak osoby, które wzięły te słowa głęboko do serca i dziś kompletnie nie mają umiaru. Na ich drodze stanęli gracze, którzy wygrywali duże kwoty i przekonywali innych, że to „złota inwestycja”. Są też tacy, którzy sięgali po większą wygraną, ponieważ im się poszczęściło, a następnie tracili wszystkie zarobione w ten sposób pieniądze na kolejne gry. Później pożyczają od znajomych na dalsze obstawianie meczów, aby tylko się odegrać. Żal patrzeć, bo długi rosną…

W Tarnowie piłka nożna i żużel
Pomimo tego, że zakłady bukmacherskie w Polsce rosną w siłę, wciąż są daleko chociażby za swoimi angielskimi odpowiednikami. O ile polscy gracze w 99 proc. obstawiają sport, o tyle Anglicy obstawiają już niemal wszystko. Zakłady dotyczące imienia dziecka pary królewskiej, nazwiska nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, czy nowego papieża nikogo już nie szokują zwłaszcza, że jeszcze kilka lat temu angielskie firmy bukmacherskie przyjmowały zakłady na to… kto uśmierci Harry’ego Pottera!

– Polsce jeszcze daleko do tego typu zakładów – mówi pracownica jednego z tarnowskich lokali bukmacherskich. – Tarnowianie najczęściej obstawiają piłkę nożną i oczywiście żużel. Nieco mniej siatkówkę, koszykówkę, czy tenis. Popularne w ostatnim czasie stały się również skoki narciarskie, a to za sprawą sukcesów naszych skoczków. Nasz lokal odwiedzają zarówno kobiety, jak i mężczyźni, aczkolwiek panów jest zdecydowanie więcej. Dawniej pojawiali się ludzie starsi, emeryci i renciści, którzy ewidentnie szukali sposobu na to, jak dorobić do pensji. W ostatnich latach uległo to jednak zmianie. Mecze obstawia coraz więcej młodych ludzi. Być może wynika to z tego, że upatrują w tym dodatkową szansę na znalezienie pieniędzy, co skutkować będzie rozpoczęciem życia „na swoim”? Z kartką i długopisem w dłoni potrafią spędzać w lokalu kilkanaście dobrych minut, aby tylko wybrać najbardziej interesujące dla siebie spotkania.

Okazuje się jednak, że tarnowianie nie grają na zbyt wysokich stawkach. Rzadko zdarza się, aby w lokalu pojawił się gracz z plikiem kilku banknotów i puścił zakład wart tysiące złotych. – W lokalach bardzo rzadko zdarzają się tacy gracze, ale nie wykluczamy, że takie osoby wolą zagrać w ten sposób w Internecie. Nie muszą nosić przy sobie gotówki, a wszystkie formalności załatwiają przelewami on-line. Kiedy odwiedzają nas studenci, najczęściej sięgają do portfela po kwoty od 2 do 10 zł. Wówczas wygrane nie są tak pokaźne, jak w przypadku włożenia w zakład większej sumy, ale widocznie traktują bukmacherkę bardziej jako formę zabawy. Emeryci grają na trochę wyższych stawkach, jednak nie są to kwoty sięgające kilkuset złotych. Tutejszy rynek pracy nie należy do najbardziej łaskawych. Nasze społeczeństwo nie jest tak bogate, jak w innych polskich miastach, więc i pieniądze, które gracze zostawiają w zakładach bukmacherskich nie są zbyt duże.

Ograć bukmachera
W innym z lokali natrafiamy na pana Adama. Około 50-letni mężczyzna twierdzi, że bukmacherka co miesiąc przynosi mu dodatkowy zastrzyk gotówki. Pokazuje wypisaną kartkę ze swoimi wynikami i zdradza, jaka forma gry pozwala zarobić mu „kilka stówek miesięcznie”. – Żadne książki, czy poradniki nie pomogą. Trzeba obrać swój własny styl. Ja taki znalazłem. W Internecie obstawiam tylko jeden mecz. Dodatkowo kurs nie może być niższy niż 1,70 zł. Wpłacam przeważnie po 100 zł. Jeżeli wszystko przebiegnie po mojej myśli, wzbogacę się o ponad 50 zł. Co w sytuacji, jeżeli przegram? Obstawiam mecz o podobnym kursie tyle, że już za 150 zł po to, by odrobić straconą wcześniej „stówę”. Do tej pory, nie zdarzyło mi się, abym co najmniej nie wyszedł na „zero”. Nie dokładam do interesu, a bardzo często jestem na plusie, jakieś 500-600 zł na miesiąc.

Pan Adam mówi również, że aby zminimalizować ryzyko porażki, nie warto obstawiać meczów drużyn i lig, o których nie ma się pojęcia. – Nigdy nie obstawiam wyników lig egzotycznych, gdzie nie potrafię nawet wymówić nazwy drużyny. Dlaczego? Ponieważ w takich ligach najłatwiej o manipulacje. Pamiętamy, jak jeszcze kilkanaście lat temu ustawiano wyniki spotkań ligowych w Polsce. W niektórych krajach na świecie, takie rzeczy do dziś są na porządku dziennym. Sam gram tylko na zespołach, które znam. Ważne jest, aby na bieżąco śledzić, co dzieje się w poszczególnych klubach, czy dany zawodnik nie ma kontuzji, czy nie pauzuje za kartki, jakimi wynikami kończyły się poprzednie spotkania obydwu drużyn… Dzięki temu nasze szanse na to, że ogramy bukmachera znacznie wzrastają.

Krok od tragedii
O ile większość graczy potrafi zapanować nad żyłką hazardzisty, są też tacy, którzy wpadli z tego powodu w niemałe kłopoty. Z sondażu przeprowadzonego przez CBOS wynika, że 4 proc. naszego społeczeństwa, to osoby uzależnione od hazardu. Co więcej, aż 95 proc. ankietowanych jest zdania, że można uzależnić się od gier na pieniądze.
Wie coś na ten temat Kuba Marian Marcol, terapeuta z Centrum Terapii Uzależnień „Koninki”, który od 26 lat pomaga osobom uzależnionym od gier hazardowych. – Przyczyny pojawienia się takich pacjentów w moim gabinecie są różne. Jedni chcieli dorobić, a stracili cały majątek wraz z rodziną i przyjaciółmi, inni zaś początkowo traktowali to jako hobby, coś co podniesie im adrenalinę i również w dalszej perspektywie kończyli na bruku. Coraz więcej pacjentów stanowią panie, które pełniąc rolę gospodyń domowych, godzinami przesiadują w Internecie, tracąc na hazardzie wielkie pieniądze. Co gorsza, problem finansowy może jeszcze bardziej się pogłębić, bowiem w dobie Internetu wystarczy kilka minut, aby zaciągnąć pożyczkę on-line i dalej cieszyć się grą.

Terapeuta twierdzi, że są przypadki, w których osoba uzależniona od hazardu sama dostrzega w sobie problem. W większość sytuacji konieczna jest jednak interwencja rodziny i przyjaciół. – Czerwona lampka powinna zapalić nam się w momencie, kiedy zauważymy, iż nasza gra przynosi dookoła szkody. Popadamy w kłopoty finansowe, oddalamy się od rodziny, tracimy znajomych, aż w końcu zostajemy sami ze swoim problemem, co w wielu przypadkach prowadzi do depresji, a nawet myśli samobójczych. Ważne, aby jak najszybciej zareagować.

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.