Tarnowianin Krzysztof Fitrzyk, który na co dzień jest funkcjonariuszem oddziału prewencji krakowskiej policji, wziął udział w maratonie. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że to specjalny maraton nazywany „Maratonem Komandosa”. W pełnym umundurowaniu i z plecakiem ważącym co najmniej 10 kg musiał przebiec nieco ponad 42 km trasę.

18 kilogramów na plecach
Krzysztof Fitrzyk od wielu lat prowadzi aktywny tryb życia. Wspinaczka, bieganie, jazda na rowerze czy pływanie pomagają mu utrzymywać kondycję fizyczną na odpowiednio wysokim poziomie. Co ciekawe już teraz może poszczycić się zdobyciem szczytów takich gór jak: Mont Blanc, Elbrus, Kazbek, Grossglockner, czy Aconcagua. Jego wielką miłością jest również bieganie. I to ekstremalne bieganie…

– Po raz pierwszy o „Maratonie Komandosa” usłyszałem, będąc na misji w Kosowie, na przełomie 2016/2017 roku. Do wspólnego startu namawiał mnie kolega, z którym spędziłem tam dziewięć miesięcy. Pomyślałem, że może warto byłoby spróbować. Ostatecznie w biegu, który odbył się w Kosowie na terenach przyległych do wojskowej bazy „Camp Novo Selo”, w swoim debiucie zająłem… czwarte miejsce! Wynik był wspaniały, więc postanowiłem, że z takim typem biegania zwiążę się na dłużej – mówi pochodzący z Tarnowa policjant. – Wówczas w zawodach „Dancon March” organizowanych przez armię duńską, wystartowało ponad 300 policjantów i żołnierzy, głównie z Polski. Pomimo zajętego wysokiego miejsca, biegu nie wspominam najlepiej, a przynajmniej kilku dni po zawodach. Miałem paskudnie obtarte stopy. Były w samych pęcherzach. Dodatkowo zeszło mi pięć paznokci, a także odczuwałem duży ból ścięgna Achillesa. Nie zraziłem się jednak do takiego biegania. Wręcz przeciwnie. Niemal od razu przystąpiłem do kolejnych startów. Biegałem maratony, ale także i półmaratony. Ostatni „Maraton Komandosa”, który odbył się w Lublińcu, był moim szóstym startem na trasie o długości 42,2 km.

Zawodnicy, którzy stanęli na starcie zawodów, to w 85 proc. obecni lub byli funkcjonariusze służb mundurowych. Pozostałą część stanowią cywilni miłośnicy tych zmagań. Łącznie podczas 16. edycji biegu na jego starcie stanęło 629 mężczyzn i kobiet, z czego zmagania ukończyło nieco ponad 400 osób. – Nie wszyscy potrafią poradzić sobie z ciężarem, jaki dźwigają na sobie w czasie biegu. Gdyby policzyć całe umundurowanie i plecak, biegniemy, mając na sobie około 18 kg. To ogromny wysiłek dla człowieka, dlatego pomimo wielu chętnych do wzięcia udziału w zawodach, ukończyć je udaje się tylko najsilniejszym – tłumaczy pan Krzysztof.

Miłość lub nienawiść

Uczestnicy „Maratonu Komandosa” w Lublińcu mieli do pokonania dystans 42,2 kilometrów. Meta była usytuowana przed głównym wejściem do Oblackiego Centrum Młodzieży NINIWA w Kokotku. Organizatorzy, klub wojskowy WKB Meta przy współpracy z Jednostką Wojskową Komandosów w Lublińcu, wyznaczyli limit na pokonanie trasy wiodącej głównie duktami leśnymi na 7 godzin. Aby wystartować w biegu, należało spełniać kilka wymagań. Niektóre z nich mogą robić wrażenie. Każdy z biegaczy musiał wystartować w pełnym umundurowaniu polowym bądź ćwiczebnym, czyli mundurze z długim rękawem, rozpinanym na całej długości. Buty musiały mieć krój wojskowy – specjalne, taktyczne oraz będące na wyposażeniu różnych jednostek i oddziałów specjalnych, z wysokością cholewki minimum 18 cm. Plecak również musiał spełniać określone wymagania. Jego minimalne wymiary ustalono na 45×30 cm, a jego waga na całej długości trasy nie mogła spaść poniżej 10 kg.

Krzysztof Fitrzyk

– Niektóre plecaki ważyły jeszcze więcej, ponieważ uczestnicy zawodów wkładali do nich napoje, batoniki oraz żele energetyczne. Ostatecznie trasę pokonałem w czasie 4 godzin i 45 minut. Przybiegłem na metę w okolicach 200. miejsca. Nie był to mój wymarzony bieg, jednak trzeba zaznaczyć, że na starcie zawodów stawili się byli sportowcy, którzy po zakończeniu kariery swoje miejsce znaleźli w służbach mundurowych. Rywale byli więc z najwyższej półki – mówi policjant z Tarnowa i dodaje, że aby wystartować w takim biegu, należy poświęcić mnóstwo miesięcy na przygotowania. – Tak naprawdę do tego biegu przygotowywałem się od roku. Dwa razy w tygodniu trenowałem, dobierałem odpowiednią dietę oraz startowałem w cyklicznych imprezach biegowych. Szansę na pokonanie takiej trasy mają przede wszystkim osoby, które… polubią takie bieganie. Dużą rolę odgrywa również głowa. Często po przebiegnięciu 25 km „odcina nam prąd”. Przed oczami robi się ciemno i słabniemy z każdym kolejnym krokiem. Jeżeli pokonamy ten kryzys, jesteśmy w stanie dobiec do mety. Nie wszystkim się to jednak udaje. Wówczas wiele osób kończy swoją przygodę z „Maratonem Komandosa” na zawsze. O ile można się w tej dyscyplinie zakochać bez opamiętania, o tyle tak samo szybko można ją znienawidzić.

100 km i góry

Krzysztof Fitrzyk plany na 2020 rok ma bardzo ambitne. Jego marzeniem jest zaliczyć tzw. „Wielki Lubliniecki Szlem Biegowy”, w skład którego wchodzą m.in.: „Ćwiartka Komandosa”, „Połówka Komandosa”, „Setka Komandosa”, czy „Maraton Komandosa”. – Taki cel stawiam sobie na 2020 rok. Chciałbym wystąpić we wszystkich tych zawodach i zdobyć tzw. „Wielki Lubliniecki Szlem Biegowy”. Na pewno nie będzie jednak łatwo. Najtrudniejszym biegiem wydaje się „Setka Komandosa”. Uczestnicy muszą pokonać 100 km, z czego pierwsze 20 km w pełnym umundurowaniu z 10 kg plecakiem. Na następne 20 km plecaki można już zdjąć, ale nadal biec trzeba w umundurowaniu. Ostatnie 60 km to już walka w dowolnym stroju. Aby walczyć o wygraną, trasę należy pokonać w czasie około 8 godzin i 30 minut. To wielkie wyzwanie! – nie ukrywa tarnowianin i dodaje, że oprócz biegów w dalszym ciągu zamierza zdobywać kolejne szczyty gór. – Wraz z kolegami z klubu wysokogórskiego oraz Stowarzyszenia Weteranów Działań poza Granicami RP planujemy zdobyć kolejne szczyty wchodzące w skład „Korony Ziemi”. Jednym z nich jest Kilimandżaro, czyli największy wolnostojący masyw górski na ziemi. Oprócz tego zastanawiamy się również nad zdobyciem szczytu Denali, czyli najwyższej góry Ameryki Północnej o wysokości 6190 m n.p.m. Wierzę, że w ciągu najbliższych kilku lat uda mi się wejść na wszystkie sześć wierzchołków, których w dalszym ciągu brakuje mi do zdobycia „Korony Ziemi”.

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl

*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *