Każdy z nas ma pewne zalety, ale również wady. Dziś muszę powiedzieć Wam o jednej z moich największych wad. Otóż od wielu lat mam problem z… pracą w grupie. Doszedłem do wniosku, że po prostu się do tego nie nadaję. Ale od początku…

Od dziecka lubiłem być liderem. Wybierano mnie na przewodniczącego klasy – w podstawówce, gimnazjum, szkole średniej. Czy byłem lubiany? Nigdy nikogo o to nie pytałem. Na pewno miałem swoich kumpli, jak i pewnie mnóstwo osób nie do końca darzyło mnie sympatią. Tak ma chyba każdy.

Moje problemy z pracą w grupie zaczynały się właśnie od najmłodszych lat szkolnych. Kiedy nauczyciele dzielili nas na grupy, to przeważnie ja wykonywałem 80 proc. pracy. Dlaczego? Bo mocno się do tego przykładałem i chciałem abyśmy wypadli najlepiej ze wszystkich.

Kiedy graliśmy w szkole w piłkę (mecze klasa na klasę) byłem najgłośniejszy na boisku. Na pewno potwierdzi to mnóstwo moich kolegów z klasy. Czułem się liderem na boisku i niemiłosiernie wydzierałem się na kolegów z boiska, kiedy źle zagrali piłkę. Kiedy jednak udała im się akcja, klepałem po plecach, chwaliłem i zachęcałem do kolejnych udanych zagrań. Dziś na tamtego siebie patrzę nieco z politowaniem i z tego miejsca chciałbym przeprosić swoich byłych kumpli, jeżeli czuli się krzywdzeni przez moje słowa kierowane pod ich adresem. Górę w takich sytuacjach zawsze brała adrenalina i chęć zwycięstwa. Zawsze zależało mi na jak najlepszym wyniku. Zresztą pamiętam, że podobnego lidera widział we mnie trener siatkówki, kiedy grałem w reprezentacji szkoły w technikum. Pamiętam do dziś, kiedy siedziałem na ławce rezerwowych, moi koledzy stracili z rzędu kilka punktów, a on zawołał mnie do siebie i powiedział – „Nie liczę na to, że wejdziesz i sam odrobisz straty. Liczę na to, że wejdziesz na boisko i swoim charakterem pobudzisz kolegów do walki”. Miał rację…

Nigdy nie potrafiłem działać w grupie. Zawsze wychodziłem z założenia, że jeżeli potrafisz liczyć, to licz na siebie. Często sobie myślę, że w głównej mierze przez mój charakter rozpadł się kabaret, którego byłem założycielem i który odnosił już jakieś sukcesy. Założyłem też amatorską drużynę siatkówki, kiedy już zakończyłem szkolną edukację i też nie wyszło. Ekipa rozpadła się, zanim jeszcze na dobre zaczęła sezon.

Dlatego cieszę się, że pracuję dziś jako dziennikarz. Pomyślicie sobie – czekaj, przecież pracujesz w redakcji, czyli też masz zespół redakcyjny. Tak, ale każdy z nas działa na swój własny rachunek. To my sami wymyślamy tematy na materiały, to my sami przygotowujemy całe artykuły i to tylko i wyłącznie nasze imię i nazwisko figuruje w gazecie pod konkretnym tekstem.

Długo zastanawiałem się, dlaczego nie potrafię działać w grupie. Obwiniałem się, że po prostu nie potrafię współdziałać z ludźmi. Dopiero ostatnio przyszło oświecenie, kiedy siadłem na spokojnie i spróbowałem odtworzyć sobie wszystkie sytuacje z życia. Okazuje się, że problem jest w tym, że jestem… zbyt ambitny.

Nienawidzę brać się za coś i nie dawać w ten projekt całego siebie. Nienawidzę sytuacji, w której pracuję nad czymś w większej grupie osób, z czego zaangażowany jestem ja, dwóch kolegów, a 10 innych przygląda się z boku lub co gorsza krytykuje nasze działania, zniechęcając nas w ten sposób do pracy. Nienawidzę sytuacji, w której jestem uzależniony od osoby, której nie zależy. Wiem, że jestem wówczas przegrany.

Grupa ludzi potrafi zdziałać cuda. Potrafi zdziałać jednak cuda tylko w sytuacji, kiedy wszystkim zależy na osiągnięciu wybranego celu. Dużo częściej zdarza się jednak, że grupa pociągnie cię na dno. Nie wierzycie? Popatrzcie na nałogowych alkoholików. Gdyby nie koledzy, dziś pewnie mieliby szczęśliwe i kochające rodziny…

Tekst jednego z moich ulubionych utworów muzycznych brzmi – „Rodzimy się sami, umieramy sami…” Krótkie, ale jakże prawdziwe. Kiedy przyjdzie nam odchodzić z tego świata, nie będziemy opuszczać go w grupie (nie, nie chodzi mi o śmierć taką, jaką mieli pasażerowie Titanica). W momencie zamykania oczu, nikogo z nami nie będzie. Sami będziemy musieli stawić czoła śmierci. Wydaje mi się, że wielu z nas wciąż nie wie o tym, że tak samo sami powinni stawić czoła życiu.

Gdyby każdy z nas starał się angażować we wszystko w 100 proc., to każda grupa odnosiłaby sukces. Trudno nie odnieść sukcesu, kiedy w grupie masz samych nastawionych na pracę współpartnerów. Problem polega na tym, że ludzie są wygodni i żerują na innych osobach, chcąc jak najmniejszym kosztem osiągnąć sukces pracą innych ludzi. Wówczas grupa jest jak olbrzymia budowla postawiona na piasku. Niby wysoka, niby z prezencją, ale na fatalnych fundamentach. Z czasem runie, a z nią runą marzenia każdego, kto dołożył do niej swoją cegiełkę… Najwyższy czas wziąć sprawy w swoje ręce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *