Stanisław Bryndal i ciężkie czasy dla sztuki

 

Drewniany domek, a za nim duży staw. Obok niego stoi warsztat. Przekraczając jego próg trafiamy do zupełnie innego świata, niż ten z którym mamy do czynienia na co dzień. Stanisław Bryndal, mieszkaniec Ołpin, od dziecka jest rzeźbiarzem. Jego prace można podziwiać na wystawach całej Polski, a także kilku europejskich krajów. Dziś, jak sam mówi – żyje z dnia na dzień, bez wielkich perspektyw na lepsze jutro. Dlaczego sztuka nie ma przyszłości?

Bryndal

Stanisław Bryndal

Talent odziedziczony po ojcu

Na rozmowę ze Stanisławem Bryndalem jeszcze do niedawna było bardzo ciężko się umówić. 58 – letni rzeźbiarz z Ołpin jeszcze nie tak dawno nie posiadał… telefonu i kontakt z nim był bardzo utrudniony. – Nowinki techniczne? To nie dla mnie. Ostatnio jednak zakupiłem telefon, a wraz z nim telewizor. Ciężko w obecnych czasach być zapraszanym na swoje wystawy, nie mając przy tym telefonu komórkowego. Muszę być z ludźmi w kontakcie. Jeżeli jednak mam być szczery, to uważam, że tego typu przedmioty zabijają ludzkie życie. Telewizor? Kupiłem, bo kocham muzykę! Oglądam tylko i wyłącznie koncerty oraz relacje z wystaw. Kiedy widzę na ekranie jakiegoś znanego muzyka, od razu biorę do ręki ołówek i na kartce papieru staram się naszkicować jego twarz – mówi, po czym wyciąga z szuflady swoje ostatnio narysowane dzieło – twarz Leonarda Cohena.

Stanisław Bryndal jest absolwentem Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem. W latach 1977-1982 studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Rzeźby. Dyplom wykonał w pracowni prof. Zofii Demkowskiej. W latach 1983-1986 pracował jako asystent profesora Jana Kucza na Wydziale Rzeźby warszawskiej ASP. Skąd u niego aż tak wielkie zamiłowanie do rzeźbiarstwa? – Mój ojciec był rzeźbiarzem. Bardzo imponował mi tym co robi. Kiedy byłem małym chłopcem, poszedłem nad staw. Usiadłem na łące i starałem się wtopić w otaczającą mnie przyrodę. W pewnym momencie zauważyłem prześlicznego bratka. Przyglądałem mu się z wielką uwagą. Następnie na czynniki pierwsze rozkładałem, począwszy od jego płatków, wszystkie elementy z jakich się składał. To chyba wtedy nastąpił ten przełomowy moment, w którym uświadomiłem sobie, że tak jak mój ojciec, chcę rzeźbić – mówi i szybko dodaje – Gdyby pan widział moje pierwsze rzeźby… To było jakieś nieporozumienie! Ale z czasem wszystko szło już w dobrym kierunku i dziś naprawdę jestem dumny ze swoich dzieł.

A rzeźbiarz z Ołpin naprawdę ma się czym pochwalić. Jego dom otacza masa rzeźb, które wykonał podczas swojego życia. Najbardziej magicznym miejscem jest natomiast staw za domem, nad którym znajdują się rzeźby zwierząt, ludzkie twarze, czy też postacie aniołów, których to właśnie artysta ma najwięcej w swojej kolekcji. – W jednym z artykułów ktoś nazwał mnie „Michałem Aniołem z Ołpin”. Trochę to karykaturalne określenie i powiem szczerze, że nie przepadam za nim. Zresztą, jednym z moich największych idoli wcale nie jest Michał Anioł, a Nikifor Krynicki. Tworzył on niesamowite dzieła i w pewnym sensie jest dla mnie drogowskazem w mojej pracy rzeźbiarza – mówi.

Skromność, to jego drugie imię

Nie lubi szumu wokół własnej osoby. Kiedy poprosiłem go o tę rozmowę, na początku nie był do tego pomysłu zbyt optymistycznie nastawiony. Dopiero po kilkunastu minutach zdecydował się oprowadzić mnie po „swoim królestwie” i opowiedzieć o tym, czym się zajmuje. – Nie lubię się chwalić. To nie jest w moim typie. Wolę, kiedy ludzie sami mnie docenią i wypowiedzą się w pochlebny sposób na temat moich dzieł, niż kiedy sam miałbym na siłę wpychać im swoją twórczość. Aby rzeźbić, trzeba mieć nieskażoną duszę dziecka. Trzeba być niewinnym czterolatkiem. I ja w głębi duszy właśnie takim czterolatkiem jestem. I nie chcę się zmieniać. To zabiłoby mnie jako człowieka – mówi.

Mimo, że mieszka sam, nie narzeka na samotność. Mówi, że co jakiś czas przeróżni ludzie odwiedzają jego dom oraz działkę w poszukiwaniu ciszy, spokoju, bliskiego kontaktu z przyrodą, przy tym podziwiając jego rzeźby. – Zjawiają się dziennikarze. To fakt. Ale znacznie więcej jest zwykłych, szarych ludzi. Nigdy nie myślałem, aby robić z tego jakiś dodatkowy biznes, czyli otwierać jakąś galerię, czy wystawę. Robię to dla ludzi. Robię to z serca. Jednej osobie może się to podobać, innej nie. Głupio byłoby, gdyby ktoś miał mi zapłacić za zwiedzanie, a później żałował tego, że wydał pieniądze na bilet wstępu, a zupełnie mu się nie podobało. Ja również źle bym się z tym czuł – mówi 58-latek z Ołpin.

Jego prace – rzeźby, odlewy, obrazy – można było zobaczyć podczas licznych wernisaży w wielu miastach w Polsce (m.in. w Poznaniu, w Zakopanem, czy Gdańsku), a także w Europie (Sztokholm, Bratysława, czy Budapeszt). Jego wystawa pt. „Sto aniołów na Boże Narodzenie” cieszyła się ogromnym zainteresowaniem wśród ludzi, którzy żyją na co dzień sztuką. Wiele z jego dzieł znajduje się też w prywatnych kolekcjach miłośników sztuki, zarówno w kraju, jak i za granicą.

Ciężki okres dla sztuki

Swoje życie poświęcił rzeźbiarstwu, a ono pozwalało mu godnie żyć. Tak było dawniej, kiedy wraz ze swoim ojcem wykonywali rzeźby m.in. dla kościołów. – To był naprawdę piękny okres mojego życia. Sztuka była wtedy w cenie. Zbieraliśmy zamówienia z przeróżnych parafii na wykonanie m.in. Drogi Krzyżowej. Teraz nie jest już tak różowo i nic nie zapowiada tego, aby mogło być lepiej… – mówi z żalem w głosie.

Dziś, trzymając dłuto w dłoni, ze smutkiem patrzy w przyszłość. Nie widzi nadziei dla swojego fachu i sztuki, którą tworzy. – Obecnie żyję tylko z tego co uda mi się sprzedać. Najczęściej swoje dzieła sprzedaję na wystawach, do których trzeba jeszcze dokładać. A zarobek ze sprzedaży jest mizerny. Zostało mi jeszcze trochę pieniędzy z czasów PRL-u, kiedy to pracowałem w jednej z firm na terenie Ołpin. Dzięki temu udaje mi się funkcjonować z dnia na dzień. Co później? Coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy nie będę musiał poszukać sobie pracy. Być może będę musiał za nią gdzieś wyjechać? Rzeźbiarstwo zejdzie w tym momencie na dalszy plan, ale przecież będę musiał za coś żyć! Dla sztuki nastały naprawdę ciężkie czasy i nic nie zapowiada tego, aby miało być lepiej… – stwierdza.

Czy dla sztuki rzeczywiście nadeszły gorsze czasy? Czy współcześni artyści, po swoich znakomitych przodkach, odziedziczyli tylko i wyłącznie talent, bez szczęścia, które jest niewątpliwie potrzebne, aby docenić ich twórczość? Może w końcu czas docenić prawdziwych artystów, których mamy koło nosa, a nie tylko tych, którzy na co dzień mówią nam „dzień dobry” z kolorowych ekranów naszych telewizorów? Jeszcze mamy czas, aby się obudzić…

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Podziel się na:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Kciuk.pl
  • LinkedIn
  • RSS
  • Spis
  • Twitter
  • Wykop