Daniel Stawarski, czyli dr Dolittle z Tarnowa

Tarnowianin Daniel Stawarski od najmłodszych lat marzył o tym, aby zostać weterynarzem. Po zakończonych sukcesem studiach zdecydował się rozpocząć przygodę z tym zawodem poza granicami naszego kraju. Najpierw padło na Tajlandię, później Wielką Brytanię, aż w końcu przyszło mu realizować swoje dziecięce marzenia w odległym Wietnamie. Pomimo olbrzymich różnic kulturowych i bariery językowej jednego jest pewien – chce być tamtejszym dr Dolittle!

daniel-stawarski
Daniel Stawarski

Weterynaria była oczywistym wyborem Pana Daniela chociażby z racji ilości zwierząt, jakie od zawsze zamieszkiwały w jego domu. – Koty, psy, żółwie, rybki, świnki morskie, chomiki, a nawet szczury. Było tego multum! Po szkole średniej zapisałem się na studia weterynaryjne. Nie chciałem jednak siedzieć na przysłowiowym tyłku, tylko realizować swoją pasję poza granicami kraju. Pierwsza myśl? Tajlandia! Będąc jeszcze na studiach wziąłem udział w konkursie „Stypendium z Wyboru”. Nakręciłem film pt. „Dzieci gorszego Doga”. Wygrałem i zgromadziłem fundusze potrzebne na wyjazd. To był pierwszy z kroków w realizacji moich marzeń.

Od tamtej pory weterynarz z Tarnowa spełniał się w swoim zawodzie zarówno w Tajlandii, jak i Wielkiej Brytanii, aż w końcu półtora roku temu zawitał do Wietnamu. – W Tajlandii spędziłem blisko pięć miesięcy. Szok kulturowy był nie do opisania. Wtedy też zrozumiałem, że zwierzęta w różnych rejonach świata traktowane są zupełnie inaczej, niż chociażby w Polsce. Po pobycie w Tajlandii, trzy lata spędziłem w Wielkiej Brytanii, gdzie cały czas doskonaliłem swój warsztat. Zresztą w mojej opinii, to właśnie na wyspach można niesamowicie rozwinąć się w zawodzie weterynarza. Sam fakt, iż właśnie w Wielkiej Brytanii zwierzęta objęte są specjalnymi ubezpieczeniami świadczy o tym, jakie podejście mają tamtejsi mieszkańcy do czworonogów. W 2015 roku zatęskniłem jednak za Azją. Chciałem znów leczyć zwierzaki z tego zakątka świata. W grę wchodził Tajwan, Malezja i Wietnam. Postawiłem na ostatnie z tych państw i dziś w ogóle tego nie żałuję.

W Wietnamie, pan Daniel wraz z Amerykanką Catherine Besch założyli fundację Vietnam Animal Aid and Rescue, w ramach której leczą charytatywnie tamtejsze czworonogi. Tarnowianin nie ukrywa, iż trafił do zupełnie nieznanego mu do tej pory świata, gdzie rocznie około 5 milionów psów jest bestialsko mordowanych bez żadnego wcześniejszego ogłuszenia. – To kraj, gdzie zwierzęta nie mają żadnych praw, a znęcanie się nad czworonogiem nie jest przestępstwem. Codziennie obok założonej przeze mnie kliniki przejeżdża mężczyzna na skuterze z zamocowaną z tyłu metalową klatką. Przewozi w niej psy i koty, które następnie lądują… na talerzu. Tutejsi weterynarze są kompletnie nieprzygotowani do pracy w swoim zawodzie. Nie przestrzega się higieny, czworonogom przepisuje się złe lekarstwa, stawia złe diagnozy, a niejednokrotnie zabija poprzez źle przeprowadzony zabieg. Znam przypadek, kiedy jednemu z kociaków błędnie wycięto… dwie nerki.

Weterynarz z Tarnowa twierdzi, że początkiem zmiany na lepsze ma być utworzona przez niego w miejscowości Hoi An klinika, na której terenie znajduje się również schronisko dla kotów, psów, kaczek, kur, i maskotki organizacji – świnki Juliana. Oprócz tego, że charytatywnie leczą w niej tamtejsze zwierzaki, to także organizują zajęcia edukacyjne dla dzieci i młodzieży szkoląc ich m.in. w zakresie ochrony zwierząt. W ramach fundacji pan Daniel wraz ze swoimi wolontariuszami przeprowadza również szereg szkoleń dla lokalnych weterynarzy, a także prowadzi rozmowy z przedstawicielami kraju na temat zmiany prawa o ochronie zwierząt. – Zdarzyło się, że zorganizowaliśmy prawdziwe tournée po Wietnamie, zatrzymując się na kilka dni w kilku większych miastach wykonując przy okazji darmowe zabiegi na zwierzakach. Warto dodać, że wraz z Catherine promujemy wegański tryb życia. Nie jemy mięsa ani produktów pochodzenia zwierzęcego, pokazując w ten sposób Wietnamczykom, że bez jedzenia psów i kotów naprawdę da się żyć. Mamy przecież mnóstwo alternatyw w postaci makaronu, ryżu, orzechów czy wreszcie wszelakich owoców i warzyw. Zresztą zauważam, że już widać pewną zmianę. Ludzie po 40 roku życia nadal traktują czworonogi, jako zwierzęta hodowlane, natomiast młodsze pokolenie przygarnia do domów psy i koty, jako swoje pupile, nie widząc w nich ewentualnego obiadu.

Samo życie w Wietnamie nie należy do najdroższych. Już za 300-400 dolarów miesięcznie jesteśmy w stanie się utrzymać. Problem stanowi język i brak ofert kulturalnych. – Kino, teatr, architektura… Tego brakuje mi najbardziej. Wietnam to kraj prężnie rozwijający się, ale z krwawą historią wojny w ubiegłym wieku. Na co drugim rogu większych miast widać pomnik Lenina, czy flagi z sierpem i młotem. Niewielu mieszkańców rozmawia po angielsku. Mam to szczęście, że mieszkam w wiosce turystycznej, gdzie przebywa wielu obywateli z różnych zakątków świata, jak chociażby Australii. Jedną z niewielu rzeczy, na które nie mogę narzekać, to jedzenie. Jest wyśmienite! Sajgonki i lokalne Cao Lau, czyli makaron ryżowy z warzywami najbardziej przypadły mi do gustu. Dodatkowo jest bardzo tanio. Na co dzień zamieszkuję jedno z pięter w mojej klinice, więc także i na tym mogę zaoszczędzić – śmieje się pan Daniel, który nie ma wątpliwości, że Wietnam jest miejscem docelowym w jego przygodzie z weterynarią, ale dodatkowo chciałby przynajmniej trzy miesiące w ciągu roku spędzać na podróżowaniu i pracy weterynarza w innych krajach. – Na pewno wybiorę się do Nowej Zelandii, Chile, Argentyny i USA. Tam również chciałbym uczyć się zawodu i pomagać w leczeniu chorych zwierzaków. Zawsze jednak będę wracał do Wietnamu, który stał się niejako moim drugim domem. Z faktu, iż jest to działalność charytatywna stale liczymy na wsparcie finansowe osób, którym zależy na dobru zwierząt. W tej chwili o sile naszej grupy stanowi siedem osób. Wkrótce zjawi się kolejny weterynarz z Hiszpanii. Swoją pracę w tym kraju traktuję jako misję. Widzę, że jestem tutaj bardziej potrzebny, niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, a poprzez swoją pracę mogę zmieniać mentalność tutejszych mieszkańców. Stać się tutejszym doktorem Dolittle… To byłoby coś!

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *